Tuesday, May 15, 2007

Pałac władzy z perspektywy namiotu.

Miałem już dość prasowych analiz, newsów z TVN 24 i wojen toczonych na internetowych forach. Postanowiłem sam doświadczyć właśnie rozgrywającej się historii. Wziąłem pieska na spacer i po drodze, a nie mam daleko, jakieś piętnaście minut spacerkiem, zahaczyłem o pielęgniarskie miasteczko namiotowe.

A pogoda była dziś piękna. Po 16 upał nieco zelżał. Lekki wiatr kołysał drzewami w Łazienkach i na Bagateli – małej, zwykle spokojnej uliczce prowadzącej od Placu Unii Lubelskiej do Łazienek, prosto pod pomnik Piłsudskiego. Dziś Bagatela była czarno – niebieska. Dziesiątki poparkowanych gdzie się da policyjnych samochodów. Policjanci, proste chłopaki w porozciąganych, czarnych podkoszulkach, wyraźnie znudzeni. W jednym miejscu liczył się jakiś pododdział. Kowalski – grzmi dowódca – naprzeciw niego dwuszereg w niezbyt regulaminowym stanie – upał nie pozwala… Idę, już idę – funkcjonariusz Kowalski odpowiada z krzaków. Puste, plastikowe butelki po wodzie, w jednym z samochodów oficer stuka rysikiem w palmtopa.

Po drugiej stronie Alej Ujazdowskich jest biało od pielęgniarskich czepków. Na trawniku wzdłuż parkanu Łazienek, na całej długości, porozstawiane namioty. Podobno jest ich ponad 130. Rzeczywiście wygląda, że jest ich sporo. Podobno zawsze jest tu bardzo głośno. Ale nie teraz – może to upał zmógł protestujących, może jest coś na kształt przerwy obiadowej. „Dziewczyny – pomidory” – słyszę – „trzeba uzupełnić zapasy potasu!” To nie tylko pielęgniarki, raczej całe szpitalne załogi – bo jest tu także wielu mężczyzn – kierowców karetek, pielęgniarzy, lekarzy. Leżą w cieniu na karimatach, rozmawiają, przechadzają się powoli wzdłuż parkowego parkanu. Ktoś wysyła sms-y, ktoś z plastikowego talerzyka je grochówkę. Toczy się cicha wojna między protestującymi a robotnikami rozwieszającymi na ogrodzeniu Łazienek zdjęcia kolejnej fotograficznej wystawy. „Proszę nie ruszać tego transparentu” „On jest nasz”... Płot Łazienek zawieszony jest płachtami prześcieradeł z wymalowanymi nazwami uczestniczących w proteście szpitali.

Przechadzam się powoli, piesek węszy, podbiega do siedzących przed namiotami. To mały, z lekka jamnikowaty kundelek. Wesoły i wszystkiego ciekawy. Potrafi błyskawicznie przełamać lody. A ja dzięki temu mogę pogadać.

Nie ma tu napięcia między pielęgniarkami a policjantami. Przysiadają się, rozmawiają z protestującymi. W powietrzu wyczuć można specyficzną energię powstałą z mieszanki desperacji i wyzwolonej społecznej aktywności.

Po drugiej stronie ulicy siedziba premiera – wielki budynek, wzniesiony na początku dwudziestego wieku na potrzeby rosyjskiego Korpusu Kadetów. Oddzielony od protestujących kordonem policji i rzędami barierek.

Z perspektywy rozłożonego pod parkowym ogrodzeniem namiotu ten gmach wygląda absurdalnie. Stalowo-betonowy pancernik z odzianą na czarno załogą na przeciw szumiących na lekkim letnim wietrze drzew, rozdawanych z plastikowej torebki dojrzałych pomidorów, wyblakłych okładek starych książek rozłożonych na murku przez jakiegoś upadłego bukinistę. Gdzieś tam w środku pracują podobno zagłuszarki, uniemożliwiające kontakt telefoniczny czterem zamkniętym w siedzibie premiera pielęgniarkom z koleżankami na zewnątrz.

Przypominają mi się smaczne dykteryjki, opowiedziane w jednym z esejów przez Amosa Oza, mówiące o naiwnym egalitaryzmie pierwszych przywódców Izraela. O premierze Dawidzie Ben Gurionie, z uporem wpisującym do wszelkich dokumentów jako zawód – „robotnik rolny”. O najdłużej sprawującym swój urząd prezydencie kraju – Icchaku Ben Cwi, który mieszkał w zwykłym bloku i miał zwyczaj zastępować na dwie godziny dziennie posterunkowego w budce wartowniczej przed rezydencją rządową.

Wątpię, czy pielęgniarki mają jakieś konstruktywne pomysły, które mogą w szybki sposób doprowadzić do rozwiązania ich problemów. Ale myślę, że cechą każdego prawdziwego przywódcy jest umiejętność prowadzenia dialogu, wykonywania gestów symbolicznych, nawet nie do końca zgodnych ze sztywno postrzeganym prawem, umiejętność nawiązania kontaktu ze społeczeństwem.

Z perspektywy pielęgniarskiego namiotu działania wykonywane ostatnio przez premiera – zawiadomienia składane na prokuraturze, oskarżenia o polityczne inspiracje, dobieranie sobie rozmówców, poniżanie protestujących, to działania indolentne, małostkowe i po prostu po ludzku głupie.

Sunday, May 6, 2007

Allenby 30



Allenby to jedna z głównych ulic Tel Awiwu. To tu, pod numerem 94, znajduje się słynna polska księgarnia, tu w obskurnym hoteliku Victoria, gdy nie miał pieniędzy, nocował "na słowo honoru" Marek Hłasko.

Allenby nie jest tak kolorowa jak usiany butikami Sheinkin, jest bardziej hałaśliwa od aleji Rothschilda. To ulica rosyjskich sklepików z pirackimi kompaktami i komediami ze złotych czasów Związku Radzieckiego, punktów z tanią elektroniką i ubraniami. Ulica sprzedawców książek układających swój towar na stertach, bez półek. Tom na tomie - wieże z książek proszące się o nagłą, malowniczą katastrofę. Dumna, wielkomiejska aleja ocieniona starymi akacjami.

Przed dziewiątą Allenby zapchana jest samochodami, niebieskimi, miejskimi autobusami, lawirującymi w ulicznym ruchu skuterami. Przy ruinach teatru Mograbi, w drodze na północ miasta, ta cała rozpędzona lawina wlewa się w prowadzącą aż do telawiwskiego portu aleję Ben Yehuda. Allenby gwałtownie skręca, zmienia się w prowincjonalną, spokojną uliczkę z widokiem na Morze Śródziemne.

Pod numerem Allenby 30, w zakładzie fotograficznym Pri-Or , zaraz za zakrętem, Miriam Weissenstein pochyla się nad starymi zdjęciami.

Ma na nich dwadzieścia sześć lat, opalone ciało pręży w akrobatycznych figurach. Miriam na tle białego od upału letniego nieba uśmiecha się radośnie, w tle półpustynny krajobraz, cyprysy, pudełkowaty dom. Ciężko uwierzyć, że to 1942 rok, rok konferencji w Wannsee, rok budowy ośrodków zagłady - Treblinki, Sobiboru, Bełżca.

Dziś, mimo zaawansowanego wieku Miriam wciąż jest pełna energii. "To dzięki temu, że byłam gimnastyczką" - mawia z dumą, krążąc po najsłynniejszym zakładzie fotograficznym miasta. Zdjęcia robił jej mąż - Rudi Weissenstein. Przyjechali do Palestyny z Czech w 1936 roku. Rudi stał się znanym reporterem i fotografem, kronikarzem powstania państwa Izrael.




Do swojej śmierci w 1992 roku Rudi Weissenstein wykonał ponad ćwierć miliona zdjęć. Ze starych fotografii uśmiechają się angielscy oficerowie, tłumy gromadzą się pod Tel Awiwskim ratuszem po śmierci pierwszego burmistrza miasta Meira Diezengoffa. Do brzegów przybijają statki z emigrantami z Polski, młode, uzbrojone dziewczyny w chustkach na głowach strzegą kibuców, gimnazjaliści koszą zboże, dumnie prezentują się pracownicy mleczarni "Tnuva".

W 1936 roku przypłynęli statkiem. Jak tysiące imigrantów przed nimi wysiedli w Jaffie - pamiętającym bibilijne czasy porcie, z którego wypłynąć miał na spotkanie z wielorybem prorok Jonasz, do którego nabrzeża przybijały okręty z libańskimi cedrami na świątynię Salomona.

Labirynty wąskich uliczek. Wrzynająca się w morze skała na której zawieszone jest miasto zwieńczone pióropuszami palm, kopułami kościołów i wieżami minaretów. Jakież wrażenie musiała zrobić zamieszkała w większości przez Arabów, orientalna Jaffa na przybyszach ze złotej Pragi?

Wysiedli pod uwiecznioną w imigranckich piosenkach starą wieżą zegarową, tę samą, którą jako pierwszy znak nowej ziemi zobaczył trzydzieści lat wcześniej pewien przybysz z Płońska - David Ben-Gurion - przyszły pierwszy premier Izraela.




W tym czasie na północ od Jaffy powstawało nowe miasto - Tel Awiw. Początkowo budowane osiedla miały być alternatywą dla zbyt drogiej dla przybyszy Jaffy. Pierwsze, pod koniec XIX wieku, powstały poprzecinane wąskimi uliczkami skupiska malowniczych, małych domków o czerwonych dachówkach - Neve Tzedek, Neve Shalom, zamieszkała głównie przez Żydów z Jemenu Kerem Hatemanim - "Winnica Jemeńczyków". W 1908 roku towarzystwo budowlane Ahuzat Bayit kupiło rozległe tereny na północ od Jaffy, dwa lata później przyjęta została wspólna nazwa dla powstających osiedli - Tel Awiw. Ceny mieszkań w Jaffie i ciągłe konflikty z arabską ludnością skutecznie zachęcały żydowskich imigrantów do osiedlania się w Tel Awiwie.

Na dziesięć lat przed przyjazdem Weissensteinów przyjęty został plan zabudowy stworzony przez słynnego szkockiego biologa, a zarazem architekta-wizjonera Patricka Geddesa. Rozpoczęła się budowa "Białego miasta", miasta marzenia, powstałego z wyjątkowego amalgamatu tęsknoty za uporządkowanym, spokojnym, mieszczańskim światem Europy Środkowej i syjonistycznego, socjalistycznego entuzjazmu, wiary w bezpieczną, lepszą przyszłość.

W Niemczech w 1933 roku Naziści zamknęli szkołę Bauhausu. W Jaffie, pod zegarową wieżą lądowali znakomici, wykształceni przez Bauhaus architekci. Dla nich Tel Awiw był fascynującym wyzwaniem, czystą kartą, miastem bez właściwości, któremu mieli nadać charakter.




Zaadoptowali europejski Bauhaus do nowych, orientalnych warunków. Budowali estetyczne, tanie, funkcjonalne, wielopiętrowe domy o płaskich dachach. Nieduże okna i odbijające światło wielkie, białe powierzchnie ścian miały chronić przed nieznośnym, letnim upałem. Długie, narożne, ocienione balkony zapewniały dopływ świeżego powietrza. Do 1950 roku wzniesiono ponad 4000 takich budynków, tworzących unikalny kompleks architektoniczny. W 2003 roku Tel Awiwskie "Białe miasto" zostało wpisane przez UNESCO na listę światowego dziedzictwa kulturowego.

Do Weissensteinów szybko uśmiechnęło się szczęście. Kilka miesięcy po ich przyjeździe polski wirtuoz skrzypiec Bronisław Huberman zebrał żydowskich muzyków osiedlających się w Tel Awiwie i stworzył orkiestrę symfoniczną. Pierwszym oficjalnym występ orkiestry, którym dyrygował sam Arturo Toscanini, prawie skończył się katastrofą. Oficjalny fotograf używał lampy błyskowej, która rozpraszała muzyków i doprowadziła Toscaniniego do furii. Występ został przerwany, z najwyższym trudem udało się załagodzić gniew dyrygenta. Nikomu nieznany Weissenstein, małym, reporterskim aparatem uwiecznił to wydarzenie. Seria świetnych portretów Hubermana i Toscaniniego otworzyła mu drzwi do kariery.

Miriam w zanurzonym w lekkim półmroku zakładzie na Allenby 30 z dumą pokazuje fotografie męża. Był wszędzie - wśród imigrantów pod Bramą Syjonu w Tel Awiwskim porcie, między budowniczymi "Białego miasta", w powstających kibucach, na rautach izraelskiej elity, w sali ówczesnego tel-awiwskiego muzeum sztuki w momencie gdy Ben-Gurion ogłaszał powstanie państwa Izrael.

Z czasem zdjęcie wykonane przez Rudiego Weissensteina stało się jednym z symboli społecznego i politycznego awansu. Na fotografiach aktorka Hana Rovina w swoim mieszkaniu na ulicy Gordon w Tel Avivie uśmiecha się tajemniczo, zadumany Martin Buber czyta książkę. Pozują w mundurach młodzi wojskowi - Icchak Rabin i Ariel Sharon. Marc Chagal wskazuje coś palcem, obok leży zdjęcie młodziutkiego Leonarda Bernsteina.




Zakład Pri-Or jest wciąż czynny. Zdjęcie do legitymacji (cztery kopie) kosztuje dwadzieścia szekli i jest gotowe w pół godziny. Dziewięćdziesięcioczteroletnia Miriam Weissenstein pracuje z jedną pomonicą, emigrantką z Indonezji. Stosunki między obu paniami wydają się być napięte. Miriam opiekuje się spuścizną męża. Właśnie wybiera zdjęcia na przekrojową wystawę, która za dwa miesiące zostanie otwarta w Nowym Jorku.

Wyraźnie czuje się samotna, z otwartymi ramionami wita gości przekraczających próg pracowni wypełnionej zdjęciami i starym sprzętem fotograficznym. Celebruje każdą czynność. Z namaszczeniem podpisuje dla mnie album z fotografiami męża. Od kiedy dowiedziała się, że jestem z Polski mówi do mnie po czesku.

Na sztalugach przy wejściu ustawione jest wielkie zdjęcie ulicy Allenby z lat pięćdziesiątych. Beczułkowaty autobus wyjeżdża z poprzecznej ulicy, piesi śpieszą do swoich zajęć, sprzedawcy rozpinają markizy nad wystawami sklepów.

Za drzwiami Pri-Or, w ostrym słońcu południa tętni życiem współczesny Tel Awiw. Wokół białego miasta wyrosły wieżowce mieszczące banki, apartamenty, siedziny wielkich firm. W oknach luksusowych hoteli ustawionych wzdłuż szerokiej, piaszczystej plaży, odbija się Morze Śródziemne. Rodziny z dziećmi spacerują nadmorskim bulwarem, od wypełnionej jachtami mariny na północy miasta, po oświeloną zielonym światłem minaretów Jaffę. W kawiarni Bialik, blisko rogu Allenby i wypełnionego modnymi butikami Sheinkinu, zbierają się stali bywalcy, zamawiają kawę, piwo Gold Star bądź Maccabi. Kelnerki, każda z obowiązkowym kolczykiem w nosie, uwijają się wśród klientów. Ulicami sunie nieprzerwany sznur aut.

Na początku XX wieku Nahum Sokolow przetłumaczył na hebrajski słynną literacką utopię "Altneuland" (Stary-nowy kraj) napisaną przez duchowego ojca syjonizmu Theodora Herzla. Hebrajskiemu tłumaczeniu nadał tytuł "Tel-Aviv". "Tel" to w archeologicznej nomenklaturze wzgórze kryjące ruiny starożytnego miasta. "Aviv" to po hebrajsku wiosna.

To miasto jest pełne sprzeczności. Otwarte i kosmopolityczne, zarazem w dziwny sposób prowincjonalne. Tęskniące za Europą i coraz bardziej bliskowschodnie. "Białe miasto" z syjonistycznego snu fotografowanego przez Weissensteina i zarazem scena krwawego palestyńsko - izraelskiego konfliktu.

- A teraz jesteś jeszcze mi coś winny - mówi pani Weissenstein i odkłada na bok album z dedykacją.
- Tak? - pytam się zdziwiony - Co?
- Całusa - odpowiada 94 letnia Miriam Weissenstein i uśmiecha się figlarnie.