Friday, October 23, 2009

Archie

Archie został uratowany kiedyś przed wiecznym snem.

Schronisko było przepełnione. Zbliżała się mroźna zima a część psich pensjonariuszy wciąż mieszkała pod chmurką. Na ogrodzonym siatką terenie. Psy stare i młode, małe i duże, wśród nich kilkumiesięczne szczeniaki.

Pracownicy schroniska bali się że jak tak dalej pójdzie i temperatury zejdą do 20 stopni poniżej zera, te najmłodsze i najsłabsze nie będą miały szansy przeżyć.

Wymyślili więc akcję "uratuj ją/jego przed wiecznym snem".

No i Archie został uratowany.

Ciężki, z lekka niezgrabny szczeniak o wielkim łbie i grubych łapach. Widać było, że będzie z niego kawał psa. I rzeczywiście - później jego pan mawiał, że Archie przypomina mu takie psy bojowe z rzymskich malowideł.

Ale to było później. Póki co Archie był szczeniakiem i objawiał iście szczurze zainteresowania. To znaczy lubił gryźć kable. Najlepiej podłączone do prądu. Pierwszej nocy pana Archiego obudziło jakieś takie dziwne ciamkanie. Zapalił światło i zobaczył psa wgryzającego się w kabel od telewizora. Podobno takie kable są słodkie.

Pan pomyślał, że już drugi raz w ciągu tygodnia uratował swego psa przed wiecznym snem.

Mijał czas. Archie rósł. Wkrótce można było urządzać safari. Safari zwykle odbywało się w weekendy. Pan i zaproszeni przez Pana goście wsiadali do starego Land Rovera i rozpoczynali przejażdżkę po ogrodzie. Po ogrodzie biegał lew, czyli Archie. Jak się lew oparł przednimi łapami o drzwi samochodu, by polizać Pana przez szybę wielgachnym, szorstkim jęzorem, to udawało mu się nieznacznie terenówkę rozkołysać.

Co lubił Archie?

Ze wszystkich rzeczy na świecie Archie lubił najbardziej leżeć na słońcu. Spod zmrużonych powiek przyglądać się przelatującemu motylkowi, trawie, spadającym z drzew późną jesienią liściom.

Lubił przynosić Panu patyki. Choć właściwie nie. Lubił przynosić panu kije i konary drzew, które w jego pysku wyglądały jak patyki.

Lubił wkładać gościom Pana łeb między nogi, domagając się pieszczot. Taki, nieostrzeżony gość, mógł się łatwo wywrócić tryknięty przez ogrodowego lwa, więc pan nie lubił gdy Archie był natarczywy. A jako nieuleczalny pieszczoch był natarczywy często...

Głaskany Archie zaczynał warczeć. I znowu, nieostrzeżony gość mógł się łatwo przerazić. Niepotrzebnie. Ten głuchy odgłos wydobywający się z psiego cielska był oznaką przyjemności i przyjaźni.

Archie szczekał rzadko i, o ile Pan wie, nikogo nigdy nie ugryzł.

Kiedyś na Archiego z wiejskiego zabudowania wyskoczył wielgachny wilczur.

Nastroszona, pełna zębów, włochata kula odbiła się od Archiego jak od ściany. Ogrodowy lew przebiegł się w tę i nazad łapami po przeciwniku i było po walce. Wilczur uciekł z podkulonym ogonem.

Archie nie za bardzo lubił dzieci. Nie do końca rozumiał ich zachowanie, gwałtowne ruchy i krzykliwość. Ale nie był agresywny. Po prostu z godnością oddalał się w jakieś spokojniejsze miejsce.

Archie lubił jabłka. Jak Pan gdzieś w ogrodzie jadł jabłko Archie natychmiast był obok i patrzył się na Pana wielkimi, lwimi oczami.

Czas mijał. W tym miejscu opowieści Pan zwykle lubi wspomnieć o swojej wiekowej ciotce. Miała ona w małym, warszawskim mieszkanku prawdziwy XVIII- wieczny kredens. Holenderski. Kredens otwierał się takim wielkim kluczem. Ciotka trzymała w kredensie ciastka i staruteńkie, porcelanowe filiżanki.

Ulubiona maksyma ciotki brzmiała "Pamiętaj, taki nasz los, że meble nas przeżyją". Pan Archiego, zwykle nie mógł się powstrzymać, by z głupia frant nie przypomnieć ciotce w takich momentach o istnieniu mebli z Ikei.

Wiec czas mijał. A czas jest nieubłagany dla wielkich, ogrodowych lwów. Pan na kilka lat wyjechał robić karierę. Daleko, daleko za granicę. Archie nie byłby szczęśliwy tam gdzie był Pan. Pozostał z rodziną Pana, w swoim ogrodzie. Spod przymkniętych powiek patrzył na kolejne zachody słońca, na mokrym psim nosie czuł kolejne ciepłe wietrzyki oznajmujące nadchodzącą wiosnę, na gęste futro spadały mokre listki z jabłonek, oznaczające, że znów zbliża się jesień.

Pewnego dnia Pan wrócił. Było późne lato. Na powitanie przykuśtykał do niego stary ogrodowy lew, położył ciężką głowę na kolanach i spojrzał na swojego Pana, wielkimi, z lekka zamglonymi oczami.

Przeżyli razem jesień, zimę, przyszła wiosna.

Archie zaczął mieć poważne problemy z chodzeniem. Psy starają się nie okazywać bólu. Tak je skonstruowała matka natura. Trzeba spojrzeć psu w oczy - zobaczyć jak zwężają się źrenice, by zrozumieć, że wszystko jest nie tak, jak być powinno.

Pan przez tydzień chodził jak struty. Wreszcie, tuż przed weekendem, założył psu obrożę, wziął smycz i poszli. Powoli. Kilka ulic dalej. Do małego białego domku, który Archie znał z corocznych szczepień.

Weterynarz zbadał psa, wyprostował się, spojrzał Panu w oczy i powiedział - "To nie ma sensu"

Pan czuł się dziwnie. Jak aktor z jakiegoś kiczowatego filmu. Film się zaraz skończy, zapalą się światła, wyjdziemy z kina i wszystko będzie tak, jak być powinno.

Popatrzył w koło. Z lekka obtłuczona witrynka, w niej różnorakie specyfiki, fiolki i ampułki. Stalowy stół, biurko, na nim notatniki, długopisy, paczka jednorazowych, gumowych rękawiczek.

Na ścianie plakat zachwalający szczepienia, zimna podłoga, wykładana zielonym kafelkami.

"Nie tutaj, proszę..." - powiedział i poczuł jak rozpuszcza się dziwna gula, którą miał w gardle od kilku dni. Z oczu popłynęły łzy.

*

Cuda zwykle się nie zdarzają. Tym razem jednak zdarzył się cud.

Weterynarz został na chwilę z Archiem. Pan pobiegł po samochód. Ten sam stary, rozklekotany Land Rover. Złożyli tylne siedzenie i załadowali psa. Weterynarz wziął małą stalową skrzyneczkę, zamknął przychodnię i pojechali.

Pojechali na skarpę.

To takie miejsce ulubione przez Pana i Archiego. Na brzegu lasu. Skarpa. W dole wije się rzeka. Pan zawsze lubił widok na całą dolinę jaki się z tego miejsca rozciąga.
Archie lubił zapachy jakie przynosił na skarpę wiatr.

Poszli na długi, godzinny spacer. Archie przyzwyczaił się do Weterynarza. Nie było wokół obcych, ostrych zapachów lecznicy, więc przestał się bać. Wolno kuśtykał, trącał nosem młode, wiosenne trawki.

Potem wrócili do samochodu. Pan przytulił psa. Lekarz zrobił zastrzyk.

Będzie nam trudniej

Kilka lat temu, wraz z moją ówczesną narzeczoną, wsiedliśmy w pociąg z Warszawy do Łodzi i pojechaliśmy odwiedzić Marka Edelmana.

Chcieliśmy żeby udzielił nam krótkiego wywiadu. Przez telefon Edelman się zgodził.

Taksówka z Łodzi Kaliskiej wysadziła nas na osiedlu domków jednorodzinnych. Szary, z lekka nijaki, kilkupiętrowy "klocek polski". Skromne mieszkanko na parterze. Zawalone książkami, różnymi, przykurzonymi pamiątkami, makatkami. Ściany obwieszone zdjęciami i obrazami.

Zwykły stół, przykryty zwykłym obrusem. Za stołem niewielki staruszek w jakby za dużym swetrze. Pali papierosa za papierosem.

Edelman nie był łatwym człowiekiem. Szybko się irytował, nie liczył się z konwenansami. Nie miał cierpliwości by odpowiadać na pytania, które wydawały mu się błahe lub wręcz głupie.

Moja towarzyszka nie zwykła na co dzień tracić rezonu. Tym razem jednak onieśmielona, zaczęła, z lekka jąkając się, zawile tłumaczyć o co nam chodzi.
Edelman przerwał jej, wyraźnie zniecierpliwiony, ruchem ręki. "Dziecko, przestań kłapać, chcesz nagrywać, to nagrywaj".

Wywiad, jak wywiad. To był czas prezesa telewizji Farfała, budowy pomnika Dmowskiego w Warszawie, świeżo przebranych w dobre garnitury dzielnych młodzieńców, zamawiających pięć piw jednym ruchem ręki.

Edelman strasznie się tym martwił, mówił "nie spodziewałem się, że w wolnej Polsce odradzać się zacznie coś takiego..." Podkreślał jak istotne jest by pamiętać o historii, widzieć róźne dzisiejsze wydarzenia we właściwym kontekście.

Na koniec dodał, we właściwym sobie stylu: "no cóż, nie mam co gadać. Życie trzeba brać takimi, jakim jest."

Gdybym powiedział, że było miło, to bym skłamał. Przy zadawaniu każdego pytania zastanawiałem się czy Edelman wyrzuci nas drzwiami, czy oknem. Rozchmurzył się na chwilę po wywiadzie. Zainteresowała go kamera. Malutka, w ówczesnym czasie piekielnie droga kamera HDV z matrycą 3CCD. Oglądał ją z fascynacją małego chłopca.

Nie dowiedzieliśmy się niczego, czego nie dało by się przeczytać w licznych wywiadach, znaleźć w poświęconych Edelmanowi książkach. Ale dla mnie to było bardzo ważne spotkanie.

Zobaczyłem jak bardzo zwyczajnym człowiekiem jest jeden z najważniejszych autorytetów mojej młodości.
Zrozumiałem to, co mówili ludzie, którzy mieli okazję się z nim spotkać w getcie. Że przy Edelmanie czuli się bezpiecznie.

Zdałem sobie sprawę, że obdarzony jest niezwykłym darem - hipnotyczną wręcz charyzmą. Ludzie tak obdarowani zostają wodzami, głowami państw.

Edelman został kardiologiem.

*
Pan yaco napisał, że będzie nam trudniej. Zgadzam się całkowicie. I nie tylko z powodu niezakończonego wciąż "dialogu polsko-żydowskiego".

Często w kontekście Edelmana pada słowo "strażnik". Strażnik czego? Grobów? Nie sądzę.

Był strażnikiem pamięci o ludzkim wymiarze Powstania w getcie i wojny jako takiej w ogóle

Bez tego "ludzkiego wymiaru" łatwo jest zapomnieć, zamknąć niewyobrażalną tragedię mojego rodzinnego miasta w kilku komiksowych, bohaterskich obrazkach.

A takie komiksowe obrazki świetnie się nadają do różnych politycznych manipulacji.

Był strażnikiem zamordowanej tradycji przedwojennej, bundowskiej, niekomunistycznej lewicy.

Jeśli Edelman mówił - moimi idolami byli przed wojną ludzie z Schutzbundu, to chciałbym wiedzieć, kto dziś w Polsce, prócz kilku historyków rozumie o co chodzi...

A nam potrzebna jest odbudowa prawdziwej lewicy. I prawdziwej prawicy. Tak by w kraju pełnym różnych "Ryśków", miłośników mercedesów z firankami i politycznych koalicjantów gwałcicieli, ci, którzy są u władzy, choć trochę zaczęli na poważnie kierować się wartościami.
Niezależnie od tego czy są to wartości chrześcijańskie, czy tradycja rewolucji 1905 roku.

Edelman był żywym przykładem właśnie takiego poważnego traktowania wartości. Jego "bundowska formacja" widoczna była w całej drodze życiowej. W getcie. W szpitalu przy łóżkach chorych. W Solidarności lat 80.

Był strażnikiem sumienia.

W życiu osobistym dla przyjaciół, którzy przychodzli do niego po radę w ciężkich chwilach, w społecznym jako "swój inny", przedstawiciel nieistniejącej mniejszości, ten który potrafił ostro czasami mówić o tym co mu się nie podoba. Patrząc na kraj z nieco innej perspektywy niż statystyczny Polak - katolik.

*
Pan yayco napisał także, że "łatwiejsze będzie opowiadanie bajęd". I znowu się zgodzę. I znowu dodam, że nie tylko w kontekście "dialogu polsko - żydowskiego"...

Wczoraj wieczorem usłyszałem w TVN24 Piotra Kadlcika, przewodniczącego Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Polsce. Pan Kadlcik powiedział coś w stylu:

"Marek Edelman był Żydem, dumnym ze swej żydowskości. Twardo też wypowiadał się na temat terroryzmu palestyńskiego".
Pan Kadlicik pominął, że równie twardo Edelman wypowiadał się na temat syjonizmu. Że w Izraelu jest świadomie i z premedytacją zapomniany,

Różni będą różne bajędy wygadywać.

Będzie trudniej. Wszystkim. Polakom, polskim Żydom i Żydom w ogóle, niezależnie od tego gdzie mieszkają.

Bernard Kouchner - współzałożyciel organizacji charytatywnych Lekarze bez Granic i Lekarze Świata, obecny minister spraw zagranicznych Francji, wręczając rok temu Edelmanowi Legię Honorową powiedział:

Niczego w mojej krótkiej karierze politycznej nie zrobiłem ważniejszego. Ważniejszego człowieka dla mnie nie ma. Wielu chciałoby być do niego podobnych, przynajmniej ja chciałbym być do niego podobny

*
"no cóż, nie mam co gadać. Życie trzeba brać takimi, jakim jest."

Friday, July 3, 2009

Kleopatra

W zasadzie to ja miałem iść na polonistykę.

Ale chciałem czegoś bardziej konkretnego. Więc wybrałem archeologię. Jakże się myliłem! (Jeśli chodzi o to coś bardziej konkretnego - ale o tym innym razem).

W tych odległych czasach, gdy do BUW-u z mojego wydziału się szło przez tunel podziemny z zapiekankami , kefirem i drożdżówkami, zamiast procentów były egzaminy. Procenty ewentualnie po.

Dla człowieka zwolnionego z obecności na lekcjach historii w liceum, egzamin okazał się bezbolesny. Upał był - prawie zemdlałem w autobusie do domu wracając. Pamiętam książki, które sobie na okoliczność egzaminu od koleżanki pożyczyłem. Koleżanka jest teraz uznaną feministką, a książki były jej taty. Tata dzięki swojej działalności w latach osiemdziesiątych zapewnił rodzinie różne atrakcje. Koleżanka się zwierzała, że długo musiała walczyć z odruchem, by w domu mówić szeptem, głos podnosząc jedynie w toalecie.

Swoją drogą, skąd to przekonanie, że nie okablowali także toalety?

Ale to także nie o tym.

To o tym, że po pierwszym roku, a raczej by być dokładnym, pod koniec roku tego, podszedł do mnie starszy kolega. I zapytał czy nie chcę z nim jechać na praktyki.

Tu wyjaśnijmy sobie kilka spraw.

My byliśmy z Archeologii Śródziemnomorskiej. To był taki wydział, na który przyjmowano 20 osób (do czasu - rok później przyjęto 200). Prócz nas byli tak zwani "pradziejowcy". My żeśmy byli od korzeni cywilizacji europejskiej, oni od rozkopywania cmentarzysk choleryków średniowiecznych i wiosek różnorakich barbarzyńców zza limesu.
My żeśmy siedzieli na Krakowskim Przedmieściu, razem z filologami klasycznymi. Oni w baraku, w drodze na lotnisko.

Wojna trochę była.

I ten właśnie kolega mówi, że praktyki co prawda są, ale pradziejowe. Dodajmy, że z Ujotu. I tam nikt nie zdecydował się na nie jechać. Na tych, znaczy się, pradziejach ichniejszych, podwawelskich, choć blisko mają.

Dodajmy, że o praktyki jakiekolwiek to było krucho. Zwłaszcza u nas - jak zaczynałem studia, to Ojczyzna nasza, było by nie było, Ojczyzna Kazimierza Michałowskiego, nie wiele miała do zaproponowania jego ewentualnym następcom.

Do Novae, twierdzy legionowej w Bułgarii, można było z Piotrem Dyczkiem pojechać, jak się wątrobę silną miało. Do Aleksandrii i na Cypr.

Ale nie po pierwszym roku. Po pierwszym roku to sobie można było pojechać na wakacje w Bieszczady z namiotem. Torby foliowe, przez wiatr ganiane po połoninach, podziwiać.

Więc się ochoczo na te pradziejowe wykopki zgodziłem.

Domków kilka urokliwych, na wzgórzu. W dole rzeczka się wije, Dunajcem zwana. Gdzie teraz gospodarze pola mają, kiedyś grodzisko było. Chłop miejscowy - Łyczko niejaki, skarb znalazł, jeszcze za czasów Cesarza.

No to żeśmy dom w stanie surowym zajęli, nieopodal tego pola-grodziska. Właściciele tego domu niewykończonego, w chałupie nieco niżej. A raczej właścicielki - matka i dwie córki. Całkiem nadobne.

Szybko się okazało, czemu my tutaj - studenty warszawskie. Bo wszystko już wykopane - stratygrafia jeno została. Przekrój wału grodziska łużyckiego. Na ostrym stoku dzisiaj będącego.

O co chodzi, to się zapytajcie Pana Mindrunnera.

W praktyce to wyglądało tak. Pobudka - 6.00. Po krótkiej toalecie i symbolicznym śniadaniu targamy sprzęt (łopaty, kilofy, gwoździe, sznurki, teodolit, taczki, łatę, szpachelki, papiery i inne takie) pod górę na stanowisko. A potem to już normalnie. Się kopie. Się plantuje - czyli za pomocą łopaty liże powierzchnię warstwy, tak by było każdą żyłkę widać. Się zakłada siatkę stratygraficzną. Się rysuje i robi zdjęcia. I znowu się kopie. Się znowu liże i zakłada. I tak w koło Macieju. Co kilka centymetrów. Przez miesiąc.

Zrobiliśmy koło czterech metrów.

Ale ja nie o tym.

Może o tym, żeśmy strasznie oszczędzali. Płacili nam tam grosze - a każdy z nas na resztę lata miał mocarstwowe plany... Chłopaki jechali do Daszewskiego na Cypr. Ja - od zawsze zakręcony na temat Rzymu, do tego Rzymu po raz pierwszy się wybierałem.

Oszczędzaliśmy, więc jedliśmy niewiele. I pracowali ciężko. Wtedy zrozumiałem, dlaczego robotnicy piją. Po tygodniu takiej pracy trzeba odreagować.

My żeśmy odreagowali raz. Krętą asfaltówką poszliśmy do najbliższej większej wioski. Tam w piwiarni serwowano zimne piwo. W litrowych kuflach. Po dwa na głowę wystarczyły.

Później pomaszerowaliśmy, nieco chwiejnym krokiem, do miejscowego sklepu. To był czas taki, gdy modnie było, by wódka miała napis "כשר" i stempel rabina. No i nazwę odpowiednią.

Kupiliśmy trzy - Rebekę, Ryfkę i trzecią, której nazwy nie pamiętam. Wyjątkowo to wszystko wydało mi się zabawne.

A potem to już było nieciekawie.

Znaczy się krzaki jakieś nadrzeczne. Może i to tatarak był - z flory zawsze byłem słaby... BMW staruteńkie, czarne, dresiarzami wypełnione. Szybko swój błąd zrozumieli. Nie ma to jaki głodny, pijany koszerną wódką student archeologii po miesiącu machania kilofem.

Most nad Dunajcem. W dole miastowi na wakacjach, kąpielom słonecznym się oddają. W górze koledzy moi i turniej "kto dalej nasika w nurt górskiej rzeki".

No i co ja mogę powiedzieć? Że dla nas chleb z masłem i plasterkiem pomidora przez ten miesiąc był luksusem? Że jak nam gospodyni przyniosła świeży, domowy chleb i trochę fasolki szparagowej z pola, to dla nas była to uczta Lukullusa?

Nie, mogę powiedzieć, że potem kolega się przewrócił na prostej drodze. Na plecy. Z ostatnią butelką wódki w plecaku na tychże plecach. A ja mu usiadłem na głowie.

Z rozpędu.

A inny kolega maszerował w naszym domku do piątej śpiewając to:



Dom, jak już wspomniałem wcześniej, był w stanie surowym, więc pył wzbudzony przez kolegę mieszkał tam z nami mniej więcej przez dwa dni.

Ale to nie o tym.

Bo ta gospodyni, co nam chleb dała, miala dwie córki. Wspomniałem już o tym. Nadobne całkiem. No i myśmy czasami z tymi córkami niewinnie sobie flirtowali.

Córki były. Matka też. Ale ojca jakoś nie.

No i się okazało, że ojciec na kuracji przebywa. W wariatkowie.

W połowie naszego pobytu do domu wrócił. Nie na długo. Pewnego późnego wieczora straż pożarna, policja, karetka na kogucie. Gospodarz w koszuli nocnej z siekierą w ręce córki po obejściu gania. No to go zamknęli. Na dłuższą kurację.

Okazało się, że poniekąd z naszego powodu. Bo ojciec ów postanowił po powrocie porządki w domu robić. No i ubzdurał sobie, że my z jego córkami, to tak nie do końca niewinnie.

Więc umyślił sobie nas siekierą, we śnie, jak te kurczaki... Ale córki się sprzeciwiły. Stąd ta rodzinna awantura.

To fajne dziewczyny były.

Ale to też nie o tym.

Jak żeśmy ten dół (oops, przepraszam - profil) kopali, to trafiliśmy na śmietnik. Taki starożytny. Ówcześni mieszkańcy leniwi byli i śmieci przez wał na zewnątrz wyrzucali. Generalnie same skorupy i kości. Bo to co organiczne się rozłożyło w międzyczasie.

No to grzebaliśmy sobie w tych skorupach i kościach. Rozdzielonych warstwą spalenizny. Znaczy przyjechali obcy i przez chwilę gród wraz z mieszkańcami zamienił się w węgiel. Zaprzestał działania. Ceased to be. Jak ta papuga z Monty Pythona.

Więc grzebiemy w tych kościach poniżej warstwy spalenizny. To była krowa, a to koń, a to świnia. I nagle z góry wykopu doktor Poleski rzuca mi kostkę,

Kawałek ludzkiej kości potylicznej z wyraźnie widocznymi kresami karowymi (przyczepami mięśni).

Dziwne wrażenie. Nawet dla kogoś, kto w poprzednim roku miał co tydzień wykłady w trupiarni nad wydziałem filozofii UW.

A dlaczego ten wpis nosi tytuł Kleopatra?

A kto to może wiedzieć? Może dlatego, że jak zdawałem rok wcześniej na tę całą archeologię, to zapoznałem wyjątkowo nadobną niewiastę. Przez całe wakacje mi się śniła, podsycając zapał do studiów wyższych.

W takim typie, nieco egipskim była...

Później czar prysł szybko, ale może od niej tytuł tego wpisu? Kto wie?

Tuesday, April 7, 2009

Czapka bez pióra (bo pióro ukradli)

Z moim miastem to jest tak:

Potoki sobie szemrały wśród boru tysiącletniego, jarami do Wisły spływając, osady rosły tu i tam, zameczek drewniany w Jazdowie na skarpie górujący, w sadach owoce, w okolicach dzisiejszej hali Mirowskiej bydełko się wypasało...

to przyszli różni Rusini, Litwini i Tatarzy - osady spalili, sady podeptali, bydło zeżarli i poszli...

nic to - odbudowaliśmy...

Nowe miasto (dziś zwane Starym) i nowsze (zwane Nowym). Bona niejaka, królowa zresztą, książąt ostatnich otruwszy, warzywniaków nasadziła, drogi się wytyczyło, mury, kościoły pobudowało. Pałace, (jakoś tym królom w krakowskim mieszkaniu ciasno było i widok ze skarpy w Warszawie woleli) a jakże, również...

No to wymyślili, że tu trzeba elekcję urządzić. Wpierw w okolicach pana yayco, a potem po mojej stronie rzeki...

Najechało się luda, sady rozdeptali, drogi rozjechali, to bydło i kury co były, zeżarli - generalny bałagan i tak cięgiem koło dwustu lat. Nijak nie dało się nic ustalić, bo co bogatsi, to sobie na własność kawałki miasta pokupowali. A taki, pożal się, właściciel niedzielny, to ulicę do granicy swojej działki wytyczał, a reszta go nie obchodziła.

I kończyły się te ulice w krzakach.

A jak ktoś komuś cielesną powłokę w wyniku nieporozumienia towarzyskiego naruszył, to biegł trzy domy dalej i już był bezpieczny - bo niewidoczną granicę jurydyki przekroczył.

Jednym słowem Sodoma & Gomora pod płaszczykiem obywatelskiego obowiązku.

A potem taki jeden, w charakterze króla robiący emigrant zza morza, awanturę ze swoimi ziomkami uskutecznił, na poczet ówczesnego kodeksu pracy. Że to niby mu się równorzędna posada za morzem należy.

Więc przyjechała ichniejsza inspekcja pracy liczną delegacją. Ci to już zeżarli wszystko co się dało. A czego się nie dało zeżreć to wywieźli. A czego nie wywieźli to spalili.

Odbudowaliśmy.

To potem taki jeden, tym razem zza enerdowskiej granicy, najpierw chciał narodową pamiątkę w postaci kolumny koledze z Moskwy opchnąć. A jak się nie udało, to w poprzek miasta Oś sobie zbudował. Znaczy pałac, duży ogród w którym poważni, starożytni faceci w postaci kamiennych posągów się znajdowali, staw, kaczki i pawie. A na końcu mieszkanie dla wojska. Ot, tak na wszelki wypadek.

I latał ten enerdowiec po parku, kaczki i pawie straszył, podkowy łamał, a warszawski obywatel z Żoliborza, jak chciał rodzinę na Mokotowie odwiedzić, to się podmiejskimi sadami przemykać musiał.

A potem przyszli nieproszeni goście ze wschodu, kumple tego, któremu się kolumny wywieźć nie udało. Ci to już tak przychodzili i wychodzili, aż zostali na stałe.

Za każdym razem zżerając wszystko, a czego się nie dało zeżreć to wywożąc, a czego się nie dało wywieźć paląc.

Ale to nie było najgorsze - bo oni, jak juź osiedli na stałe, to sami budować zaczęli. Dzięki czemu w letnich miesiącach pewna reprezentacyjna ulica za plan filmu "Przygoda w Odessie" robić może bez charakteryzacji.

Jak już sobie wreszcie poszli, to zaraz ci z enerde z powrotem przyleźli. Co ci robili to ja już tu pisać nie będę, żeby grubem słowem, co się samo ciśnie na usta, czytelnika uszu i oczu nie urazić. A poza tym, to świeża historia, więc ją wszyscy znają.

A potem ci ze wschodu, co się kuchennymi drzwiami wepchali, jak enerdowcy główną klatką schodową uciekali, w środku miasta nam rakietę międzykontynentalną ucharakteryzowaną na wyrób cukierniczy postawili.

I tak w koło Macieju.

No więc z moim miastem to jest tak:

Co jakiś czas się zdarza, że wpadają do nas nieproszeni goście - meble poprzewracają, do zupy naplują i dywan ukradną. A potem rodzina z prowincji przyjeżdża na wywczasy.

I rodzina kręci nosem, że komoda kulawa, podłoga goła, a zupy nie ma.

Taki już nasz los.

Monday, March 30, 2009

Aleja Syrenki i Wyspa Królików (2)

Szybko odkryłem, że w moim budynku da się wyjść na dach. Trzeba tylko porzucić bezpieczną drogę i wzgardzić szybkobieżną windą, której w holu na parterze pilnują starsze panie w koszulkach "patrol obywatelski" (..."patrzymy żeby nikt nie pluł i nie śmiecił"...)

Zamiast tego należy zagłębić się w śmierdzącą czeluść klatki schodowej. Zgodnie z miejscowymi standardami pełni ona głównie rolę schodów przeciwpożarowych. Dlatego nie posiada okien. Chodzi o to, żeby w razie czego można było za pomocą ciężkich stalowych drzwi szybko odseparować studnię klatki schodowej od reszty budynku.

Klatka schodowa służy również jako miejsce schadzek, spokojna przystań, gdzie można bez obawy dać sobie w żyłę, wychodek.

Ściany pomalowane grubo olejną farbą na żółto - jajeczny kolor , na posadzce mniej lub bardziej poprzysychane plamy o różnej konsystencji, dziesiątki małych plastikowych pojemniczków, niewinnemu obserwatorowi przypominających starannie opróżnione z atramentu wkłady do wiecznego pióra.

Skacząc między tym wszystkim jak kozica, starając się równocześnie przypadkiem nie dotknąć lepkich ścian i nie oddychać zbyt głęboko, należy dotrzeć na sam szczyt. Następnie zaprzeć się na pordzewiałych drzwiach, aż ustąpią, trąc o śnieżobiałe kamyczki, którymi wysypana jest powierzchnia dachu.

Trzeba się przygotować na uderzenie jaskrawego światła i wibrującego, rozgrzanego powietrza.

To trochę taki skok do piekarnika.

Latem w Mieście jest gorąco i wilgotno. Tak gorąco i wilgotno, że biznesmeni w drogich garniturach, czekający na pociąg na nieklimatyzowanych stacjach, pocą się pozostając w całkowitym bezruchu. Tak gorąco i wilgotno, że ciężko jest wytrzeć się do sucha po wzięciu prysznica.

Więc lepiej na dach wychodzić wieczorem, gdy upał zelżeje. Dobrze jest na dachu zdjąć buty. Białe kamyczki oddają ciepło skumulowane przez cały dzień. Wieje lekki wietrzyk od oceanu. Od widoku kręci się w głowie.

W końcu budynek ma 22 piętra.

Na wprost patrzącego w ocean wrzyna się jęzor południowego krańca Wyspy Królików. Kolonia jednorodzinnych domków, tonących w zieleni, otoczonych wysokim na trzy metry parkanem i zasiekami z drutu kolczastego.

To zamknięte osiedle "Morska brama". Dzień i noc strzeżone przez strażników z długą bronią. Chronione przed domniemanym chaosem, który jakoby miałby zagrażać jego lokatorom ze strony mieszkańców reszty Wyspy.

Na prawo ujście rzeki, która kiedyś dawno temu, przez chwilę, nosiła nazwę która natychmiast kojarzy mi się z filatelistką. To właściwie jest ogromne estuarium. Ciężkie tankowce i transportowce majestatycznie wpływają wgłąb lądu, przepływają pod rozpiętym nad rzeką mostem, noszącym imię pewnego słynnego włoskiego żelgarza. Wyglądają pod nim jak zabawki.

Jeszcze dalej, w tle, sino majaczy właściwe Miasto. Nocą widać jak nieprzerwanie zmierzają w jego kierunku sznury drżących świetlistych punkcików. Tysiące samochodów pędzących po autostradzie zbudowanej wzdłuż brzegu rzeki. Gdzieś daleko na lewym brzegu plują ogniem w niebo rafinerie i zakłady chemiczne. Są noce gdy wygląda to jak jakiś miniaturowy Mordor czający się do skoku na Miasto.



Po lewej jest czysto i spokojnie. Ocean.

Za plecami otwiera się wnętrze Wyspy Królików. Jej kręgosłupem są dwie aleje - Syrenki i Neptuna. Z czego Aleja Syrenki jest słynniejsza. Opiewana w piosenkach. Okryta złą sławą.
Obie aleje docierają do stacji kolejki. Tą kolejką najłatwiej dostać się można do właściwego Miasta.

Ale jak z południowego krańca wyspy, spod kolczastej bramy osiedla "Morska brama" najszybciej dotrzeć na stację kolejki?

Najszybciej i najbezpieczniej to chyba jednak na piechotę. To dwudziestominutowy spacer. Co prawda jest miejski autobus, ale on nie jedzie w linii prostej, kreśli zawijasy po całej wyspie, zanim dotrze do stacji. W dodatku każdy wsiada i wysiada z niego gdzie chce. Wystarczy dzwonkiem dać znać kierowcy, zamachać czekając przy ulicy. Pasażerowie wsiadają tylko przodem, pokazując kierowcy bilety. A że wszyscy się znają, to mają zwykle sobie coś do powiedzenia. Ten autobus bardziej stoi niż jedzie.

Taksówki z korporacji mieszczących się w sercu właściwego Miasta boją się wjeżdżać na Wyspę Królików. Na wyspie powstała miejscowa, anarchiczna korporacja. Składa się z kierowców w turbanach, jeżdżących starymi, wielgachnymi, amerykańskimi samochodami. Czekają oni na klientów pod stacją kolejki, bądź zabierają ich na stację krążąć po ulicach wyspy, trąbiąc na przechodniów. Trzeba wsiąść do samochodu i grzecznie czekać, aż uzbierają się przynajmniej cztery osoby. Wtedy "taksówka" rozwozi klientów, od każdego inkasując opłatę. Te samochody trzymają się na drut i taśmę klejącą, a kierowcy nie do końca są mistrzami kierownicy. Co więcej często nie mają prawa jazdy i stosownych ubezpieczeń. Były przypadki gdy taki "taksówkarz" uciekał z miejsca wypadku zostawiając rozbity samochód i poranionych pasażerów.

Więc chyba lepiej na piechotę.

Zawsze dziwiła mnie nazwa Wyspy. Ten "królik" w nazwie jest mocno archaicznym królikiem. Takim bardziej cuniculusem niż królikem. Obco brzmiącym w tubylczym języku. A po holendersku taki królik zwie się Konijn.



(c.d.n.)

Friday, March 27, 2009

Aleja Syrenki i Wyspa Królików (1)

Tego lata mój stary załatwił mi mieszkanie.

Mieszkanie należało do znajomego znajomego. Od dawna stało puste.

Ów znajomy znajomego przyjechał do Miasta z małego miasteczka. Mieszkał samotnie, bojąc się otaczającego go wielkiego, obcego świata. Ciężko pracował, ciułał grosz do grosza i prawie wszystko wysyłał do domu. W jego miasteczku w tamtych czasach to jeszcze były ogromne pieniądze. Pewnego dnia znajomy znajomego podzielił los wielu rodaków. Spadł z rusztowania i złamał kręgosłup.

Sprytni prawnicy, jakich pełno podówczas było w gazetowych ogłoszeniach ( "miałeś wypadek - zgłoś się do nas!" ) załatwili mu koło stu tysięcy w ramach odszkodowania i znajomy znajomego wrócił do siebie, dożyć swych dni w miejscu, które nie napełniało go lękiem i tęsknotą.

A mnie dostało się jego mieszkanie...

Całe wypełnione smutnymi, zakurzonymi gratami. Sztucznymi kwiatkami, kiczowatymi okrętami, płynącymi po kiczowatych morzach do nowego świata, popsutą przedpotopową elektroniką i poprutymi misiami - przytulankami, które wyglądały jakby poniosły nagłą śmierć w jakiejś potyczce na dzikich polach. Rozniesione na szablach przez oszalałych kozaków.

Drugiego dnia nie wytrzymałem i zacząłem znosić te wszystkie przedmioty, niemych świadków beznadziei, do osiedlowego śmietnika.
Pierwszy wylądował w kuble popsuty telewizor. Wróciłem na górę po plastikową palemkę i płynące przez tekturowe morze okręty Kolumba.

W tym czasie o telewizor, pamiętający, podejrzewam, pierwsze lądowanie na księżycu, rozgorzała prawdziwa bitwa między bezdomnymi mieszkańcami Alei Syrenki.

Bardzo niedobrze. Nie powinienem zwracać na siebie uwagi. Co prawda sąsiadka z przeciwka miała naklejone na drzwiach że "Chrystus kocha nas wszystkich", ale zostałem ostrzeżony, że do zakresu chrześcijańskich powinności zalicza również regularne meldunki składane Miastu z tego co dzieje się w naszym budynku.

A Miastu mógłby się nie spodobać taki nie do końca legalny lokator. Bo Miasto sporo pieniędzy łożyło na wieżowce, w których mieszkaliśmy, eufemistycznie nazywane "projektami".

Szkoda by było takiego mieszkania - dwupoziomowe, z salonem i kuchnią na pierwszym poziomie i trzema sypialniami na drugim. Duże okna wychodzące na wschód i zachód - czyli na ocean z jednej i wpadającą do niego rzekę z drugiej strony... oraz błyszczące w oddali, za rzeką, właściwe Miasto...




Miejsce, przez które biegnie Aleja Syrenki nazywane jest Wyspą Królików. Kiedyś, dawno temu, to rzeczywiście była wyspa . Ale po wielkiej, bratobójczej wojnie jaka przetoczyła się przez kraj, mieszkańcy wyspy wpadli na prosty pomysł.
W ciągu kilku lat zasypali strumyki oddzielające ich od stałego lądu. A raczej od tego, co mogło im się stałym lądem wydawać, a jest kolejną, gigantyczną wyspą...

(c.d.n.)

Wednesday, January 21, 2009

Tamir

Tamir zadzwonił wczoraj wieczorem.
Że był na koncercie, koncert udany i teraz stoi na rogu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. I czy może przyjść. Z winem.

Tamira poznaliśmy zupełnie przypadkiem jakieś trzy miesiące temu. Do Warszawy przyjechał wtedy Jonatan Stańczyk, prowadzący razem z Juliano Mer-Khamisem teart w Jenin na Zachodnim Brzegu. Teart Dramatyczny zorganizował spotkanie z Jonatanem.

No i na to spotkanie zupenie przypadkiem przyszedł Tamir. To był jego pierwszy dzień w Warszawie. Szedł przez centrum miasta i nagle zobaczył wielki, dziwaczny budynek. Wieżowiec w stalinowskim stylu. Wszedł do środka żeby się zapytać co to za budynek i czy dzieje się w nim coś ciekawego. Okazało się, że to teatr, że co prawda dziś przedstawień nie ma, ale na drugim piętrze jest spotkanie.

Tak Tamir trafił na spotkanie z Jonatanem. Obejrzał co miał obejrzeć, posłuchał, a potem wstał i ze łzami w oczach powiedział, że to wszystko co opowiada Jonatan jest o nim. Że Warszawa to zaiste magiczne miasto, skoro tak zupełnie przypadkowo można trafić na kogoś kto zacznie opowiadać o twoim własnym życiu.

Tamir urodził się w Izraelu. Czterdzieści kilka lat temu. Potem wyjechał z rodzicami do Stanów. W wieku 19 lat, jako gorący syjonista wrócił do Erec Israel i trafił do armii. Była połowa lat osiemdziesiątych i IDF wysłał Tamira do Hebronu.

Pierwszego dnia, podczas patrolu, oddział Tamira zaczęły obrzucać kamieniami palestyńskie dzieci. Żołnierze dopadli jednego z gówniarzy w jakimś zaułku. Miał może z 10 lat. Dowódca zawołał Tamira i kazał mu uderzyć dzieciaka kolbą karabinu w głowę.

Tamir odpowiedział dowódcy żeby sam się walnął tą kolbą. Od słowa do słowa i wkrótce oniemiały dzieciak patrzył na tarzających się w hebrońskim kurzu, okładających się pięściami dwóch izraelskich żołnierzy.

Tamir trafił na kilka dni do paki. A z paki prosto na służbę wartowniczą. Odstał swoje, poczekał na kolegę, który miał go zluzować, a potem zaczął iść.

Szedł, otępiały, przez czarną noc Hebronu. Byle dalej od dowódcy, od oczu tego dzieciaka czekającego na cios kolbą. Samotny chłopak w mundurze Cahalu z M16 na plecach w labiryncie arabskiego Hebronu. Taki spacerek łatwo mógłby się skończyć tragicznie.

Szedł całą noc. Wyszedł za miasto. Zrobiło się jasno. Tamir zobaczył samotne wzgórze, a na nim trzysta owiec i jednego palestyńskiego wieśniaka.

Podszedł bliżej. Wieśniak przyjrzał mu się uważnie a potem pokazał na migi – “choć za mną”.

Zaprowadził go do beduińskiego szałasu. Tamir padł jak długi i zasnął.

Spał całą dobę. Gdy się obudził i wyszedł przed szałas, zobaczył wpartującą się w niego beduińską rodzinę. Dostał jeść. Beduini pokazali mu drogę do autobusu którym dojechał do Jerozolimy.

Nie da się uciekać bez końca. Tamir sam zgłosił się do IDF. Powiedział, że nie chce nosić broni. Znów trafił do paki. A potem na tyły. Do kuchni.

Tego dnia gdy popatrzył w oczy rzucającego kamieniami dzieciaka, gdy zawahał się przez jedną malutką chwilę czy uderzyć czy nie, skończyła się dla niego wojna.