Showing posts with label na zapleczu świata. Show all posts
Showing posts with label na zapleczu świata. Show all posts

Monday, March 30, 2009

Aleja Syrenki i Wyspa Królików (2)

Szybko odkryłem, że w moim budynku da się wyjść na dach. Trzeba tylko porzucić bezpieczną drogę i wzgardzić szybkobieżną windą, której w holu na parterze pilnują starsze panie w koszulkach "patrol obywatelski" (..."patrzymy żeby nikt nie pluł i nie śmiecił"...)

Zamiast tego należy zagłębić się w śmierdzącą czeluść klatki schodowej. Zgodnie z miejscowymi standardami pełni ona głównie rolę schodów przeciwpożarowych. Dlatego nie posiada okien. Chodzi o to, żeby w razie czego można było za pomocą ciężkich stalowych drzwi szybko odseparować studnię klatki schodowej od reszty budynku.

Klatka schodowa służy również jako miejsce schadzek, spokojna przystań, gdzie można bez obawy dać sobie w żyłę, wychodek.

Ściany pomalowane grubo olejną farbą na żółto - jajeczny kolor , na posadzce mniej lub bardziej poprzysychane plamy o różnej konsystencji, dziesiątki małych plastikowych pojemniczków, niewinnemu obserwatorowi przypominających starannie opróżnione z atramentu wkłady do wiecznego pióra.

Skacząc między tym wszystkim jak kozica, starając się równocześnie przypadkiem nie dotknąć lepkich ścian i nie oddychać zbyt głęboko, należy dotrzeć na sam szczyt. Następnie zaprzeć się na pordzewiałych drzwiach, aż ustąpią, trąc o śnieżobiałe kamyczki, którymi wysypana jest powierzchnia dachu.

Trzeba się przygotować na uderzenie jaskrawego światła i wibrującego, rozgrzanego powietrza.

To trochę taki skok do piekarnika.

Latem w Mieście jest gorąco i wilgotno. Tak gorąco i wilgotno, że biznesmeni w drogich garniturach, czekający na pociąg na nieklimatyzowanych stacjach, pocą się pozostając w całkowitym bezruchu. Tak gorąco i wilgotno, że ciężko jest wytrzeć się do sucha po wzięciu prysznica.

Więc lepiej na dach wychodzić wieczorem, gdy upał zelżeje. Dobrze jest na dachu zdjąć buty. Białe kamyczki oddają ciepło skumulowane przez cały dzień. Wieje lekki wietrzyk od oceanu. Od widoku kręci się w głowie.

W końcu budynek ma 22 piętra.

Na wprost patrzącego w ocean wrzyna się jęzor południowego krańca Wyspy Królików. Kolonia jednorodzinnych domków, tonących w zieleni, otoczonych wysokim na trzy metry parkanem i zasiekami z drutu kolczastego.

To zamknięte osiedle "Morska brama". Dzień i noc strzeżone przez strażników z długą bronią. Chronione przed domniemanym chaosem, który jakoby miałby zagrażać jego lokatorom ze strony mieszkańców reszty Wyspy.

Na prawo ujście rzeki, która kiedyś dawno temu, przez chwilę, nosiła nazwę która natychmiast kojarzy mi się z filatelistką. To właściwie jest ogromne estuarium. Ciężkie tankowce i transportowce majestatycznie wpływają wgłąb lądu, przepływają pod rozpiętym nad rzeką mostem, noszącym imię pewnego słynnego włoskiego żelgarza. Wyglądają pod nim jak zabawki.

Jeszcze dalej, w tle, sino majaczy właściwe Miasto. Nocą widać jak nieprzerwanie zmierzają w jego kierunku sznury drżących świetlistych punkcików. Tysiące samochodów pędzących po autostradzie zbudowanej wzdłuż brzegu rzeki. Gdzieś daleko na lewym brzegu plują ogniem w niebo rafinerie i zakłady chemiczne. Są noce gdy wygląda to jak jakiś miniaturowy Mordor czający się do skoku na Miasto.



Po lewej jest czysto i spokojnie. Ocean.

Za plecami otwiera się wnętrze Wyspy Królików. Jej kręgosłupem są dwie aleje - Syrenki i Neptuna. Z czego Aleja Syrenki jest słynniejsza. Opiewana w piosenkach. Okryta złą sławą.
Obie aleje docierają do stacji kolejki. Tą kolejką najłatwiej dostać się można do właściwego Miasta.

Ale jak z południowego krańca wyspy, spod kolczastej bramy osiedla "Morska brama" najszybciej dotrzeć na stację kolejki?

Najszybciej i najbezpieczniej to chyba jednak na piechotę. To dwudziestominutowy spacer. Co prawda jest miejski autobus, ale on nie jedzie w linii prostej, kreśli zawijasy po całej wyspie, zanim dotrze do stacji. W dodatku każdy wsiada i wysiada z niego gdzie chce. Wystarczy dzwonkiem dać znać kierowcy, zamachać czekając przy ulicy. Pasażerowie wsiadają tylko przodem, pokazując kierowcy bilety. A że wszyscy się znają, to mają zwykle sobie coś do powiedzenia. Ten autobus bardziej stoi niż jedzie.

Taksówki z korporacji mieszczących się w sercu właściwego Miasta boją się wjeżdżać na Wyspę Królików. Na wyspie powstała miejscowa, anarchiczna korporacja. Składa się z kierowców w turbanach, jeżdżących starymi, wielgachnymi, amerykańskimi samochodami. Czekają oni na klientów pod stacją kolejki, bądź zabierają ich na stację krążąć po ulicach wyspy, trąbiąc na przechodniów. Trzeba wsiąść do samochodu i grzecznie czekać, aż uzbierają się przynajmniej cztery osoby. Wtedy "taksówka" rozwozi klientów, od każdego inkasując opłatę. Te samochody trzymają się na drut i taśmę klejącą, a kierowcy nie do końca są mistrzami kierownicy. Co więcej często nie mają prawa jazdy i stosownych ubezpieczeń. Były przypadki gdy taki "taksówkarz" uciekał z miejsca wypadku zostawiając rozbity samochód i poranionych pasażerów.

Więc chyba lepiej na piechotę.

Zawsze dziwiła mnie nazwa Wyspy. Ten "królik" w nazwie jest mocno archaicznym królikiem. Takim bardziej cuniculusem niż królikem. Obco brzmiącym w tubylczym języku. A po holendersku taki królik zwie się Konijn.



(c.d.n.)

Friday, March 27, 2009

Aleja Syrenki i Wyspa Królików (1)

Tego lata mój stary załatwił mi mieszkanie.

Mieszkanie należało do znajomego znajomego. Od dawna stało puste.

Ów znajomy znajomego przyjechał do Miasta z małego miasteczka. Mieszkał samotnie, bojąc się otaczającego go wielkiego, obcego świata. Ciężko pracował, ciułał grosz do grosza i prawie wszystko wysyłał do domu. W jego miasteczku w tamtych czasach to jeszcze były ogromne pieniądze. Pewnego dnia znajomy znajomego podzielił los wielu rodaków. Spadł z rusztowania i złamał kręgosłup.

Sprytni prawnicy, jakich pełno podówczas było w gazetowych ogłoszeniach ( "miałeś wypadek - zgłoś się do nas!" ) załatwili mu koło stu tysięcy w ramach odszkodowania i znajomy znajomego wrócił do siebie, dożyć swych dni w miejscu, które nie napełniało go lękiem i tęsknotą.

A mnie dostało się jego mieszkanie...

Całe wypełnione smutnymi, zakurzonymi gratami. Sztucznymi kwiatkami, kiczowatymi okrętami, płynącymi po kiczowatych morzach do nowego świata, popsutą przedpotopową elektroniką i poprutymi misiami - przytulankami, które wyglądały jakby poniosły nagłą śmierć w jakiejś potyczce na dzikich polach. Rozniesione na szablach przez oszalałych kozaków.

Drugiego dnia nie wytrzymałem i zacząłem znosić te wszystkie przedmioty, niemych świadków beznadziei, do osiedlowego śmietnika.
Pierwszy wylądował w kuble popsuty telewizor. Wróciłem na górę po plastikową palemkę i płynące przez tekturowe morze okręty Kolumba.

W tym czasie o telewizor, pamiętający, podejrzewam, pierwsze lądowanie na księżycu, rozgorzała prawdziwa bitwa między bezdomnymi mieszkańcami Alei Syrenki.

Bardzo niedobrze. Nie powinienem zwracać na siebie uwagi. Co prawda sąsiadka z przeciwka miała naklejone na drzwiach że "Chrystus kocha nas wszystkich", ale zostałem ostrzeżony, że do zakresu chrześcijańskich powinności zalicza również regularne meldunki składane Miastu z tego co dzieje się w naszym budynku.

A Miastu mógłby się nie spodobać taki nie do końca legalny lokator. Bo Miasto sporo pieniędzy łożyło na wieżowce, w których mieszkaliśmy, eufemistycznie nazywane "projektami".

Szkoda by było takiego mieszkania - dwupoziomowe, z salonem i kuchnią na pierwszym poziomie i trzema sypialniami na drugim. Duże okna wychodzące na wschód i zachód - czyli na ocean z jednej i wpadającą do niego rzekę z drugiej strony... oraz błyszczące w oddali, za rzeką, właściwe Miasto...




Miejsce, przez które biegnie Aleja Syrenki nazywane jest Wyspą Królików. Kiedyś, dawno temu, to rzeczywiście była wyspa . Ale po wielkiej, bratobójczej wojnie jaka przetoczyła się przez kraj, mieszkańcy wyspy wpadli na prosty pomysł.
W ciągu kilku lat zasypali strumyki oddzielające ich od stałego lądu. A raczej od tego, co mogło im się stałym lądem wydawać, a jest kolejną, gigantyczną wyspą...

(c.d.n.)