Zamiast tego należy zagłębić się w śmierdzącą czeluść klatki schodowej. Zgodnie z miejscowymi standardami pełni ona głównie rolę schodów przeciwpożarowych. Dlatego nie posiada okien. Chodzi o to, żeby w razie czego można było za pomocą ciężkich stalowych drzwi szybko odseparować studnię klatki schodowej od reszty budynku.
Klatka schodowa służy również jako miejsce schadzek, spokojna przystań, gdzie można bez obawy dać sobie w żyłę, wychodek.
Ściany pomalowane grubo olejną farbą na żółto - jajeczny kolor , na posadzce mniej lub bardziej poprzysychane plamy o różnej konsystencji, dziesiątki małych plastikowych pojemniczków, niewinnemu obserwatorowi przypominających starannie opróżnione z atramentu wkłady do wiecznego pióra.
Skacząc między tym wszystkim jak kozica, starając się równocześnie przypadkiem nie dotknąć lepkich ścian i nie oddychać zbyt głęboko, należy dotrzeć na sam szczyt. Następnie zaprzeć się na pordzewiałych drzwiach, aż ustąpią, trąc o śnieżobiałe kamyczki, którymi wysypana jest powierzchnia dachu.
Trzeba się przygotować na uderzenie jaskrawego światła i wibrującego, rozgrzanego powietrza.
To trochę taki skok do piekarnika.
Latem w Mieście jest gorąco i wilgotno. Tak gorąco i wilgotno, że biznesmeni w drogich garniturach, czekający na pociąg na nieklimatyzowanych stacjach, pocą się pozostając w całkowitym bezruchu. Tak gorąco i wilgotno, że ciężko jest wytrzeć się do sucha po wzięciu prysznica.
Więc lepiej na dach wychodzić wieczorem, gdy upał zelżeje. Dobrze jest na dachu zdjąć buty. Białe kamyczki oddają ciepło skumulowane przez cały dzień. Wieje lekki wietrzyk od oceanu. Od widoku kręci się w głowie.
W końcu budynek ma 22 piętra.
Na wprost patrzącego w ocean wrzyna się jęzor południowego krańca Wyspy Królików. Kolonia jednorodzinnych domków, tonących w zieleni, otoczonych wysokim na trzy metry parkanem i zasiekami z drutu kolczastego.
To zamknięte osiedle "Morska brama". Dzień i noc strzeżone przez strażników z długą bronią. Chronione przed domniemanym chaosem, który jakoby miałby zagrażać jego lokatorom ze strony mieszkańców reszty Wyspy.
Na prawo ujście rzeki, która kiedyś dawno temu, przez chwilę, nosiła nazwę która natychmiast kojarzy mi się z filatelistką. To właściwie jest ogromne estuarium. Ciężkie tankowce i transportowce majestatycznie wpływają wgłąb lądu, przepływają pod rozpiętym nad rzeką mostem, noszącym imię pewnego słynnego włoskiego żelgarza. Wyglądają pod nim jak zabawki.
Jeszcze dalej, w tle, sino majaczy właściwe Miasto. Nocą widać jak nieprzerwanie zmierzają w jego kierunku sznury drżących świetlistych punkcików. Tysiące samochodów pędzących po autostradzie zbudowanej wzdłuż brzegu rzeki. Gdzieś daleko na lewym brzegu plują ogniem w niebo rafinerie i zakłady chemiczne. Są noce gdy wygląda to jak jakiś miniaturowy Mordor czający się do skoku na Miasto.
Po lewej jest czysto i spokojnie. Ocean.
Za plecami otwiera się wnętrze Wyspy Królików. Jej kręgosłupem są dwie aleje - Syrenki i Neptuna. Z czego Aleja Syrenki jest słynniejsza. Opiewana w piosenkach. Okryta złą sławą.
Obie aleje docierają do stacji kolejki. Tą kolejką najłatwiej dostać się można do właściwego Miasta.
Ale jak z południowego krańca wyspy, spod kolczastej bramy osiedla "Morska brama" najszybciej dotrzeć na stację kolejki?
Najszybciej i najbezpieczniej to chyba jednak na piechotę. To dwudziestominutowy spacer. Co prawda jest miejski autobus, ale on nie jedzie w linii prostej, kreśli zawijasy po całej wyspie, zanim dotrze do stacji. W dodatku każdy wsiada i wysiada z niego gdzie chce. Wystarczy dzwonkiem dać znać kierowcy, zamachać czekając przy ulicy. Pasażerowie wsiadają tylko przodem, pokazując kierowcy bilety. A że wszyscy się znają, to mają zwykle sobie coś do powiedzenia. Ten autobus bardziej stoi niż jedzie.
Taksówki z korporacji mieszczących się w sercu właściwego Miasta boją się wjeżdżać na Wyspę Królików. Na wyspie powstała miejscowa, anarchiczna korporacja. Składa się z kierowców w turbanach, jeżdżących starymi, wielgachnymi, amerykańskimi samochodami. Czekają oni na klientów pod stacją kolejki, bądź zabierają ich na stację krążąć po ulicach wyspy, trąbiąc na przechodniów. Trzeba wsiąść do samochodu i grzecznie czekać, aż uzbierają się przynajmniej cztery osoby. Wtedy "taksówka" rozwozi klientów, od każdego inkasując opłatę. Te samochody trzymają się na drut i taśmę klejącą, a kierowcy nie do końca są mistrzami kierownicy. Co więcej często nie mają prawa jazdy i stosownych ubezpieczeń. Były przypadki gdy taki "taksówkarz" uciekał z miejsca wypadku zostawiając rozbity samochód i poranionych pasażerów.
Więc chyba lepiej na piechotę.
Zawsze dziwiła mnie nazwa Wyspy. Ten "królik" w nazwie jest mocno archaicznym królikiem. Takim bardziej cuniculusem niż królikem. Obco brzmiącym w tubylczym języku. A po holendersku taki królik zwie się Konijn.
(c.d.n.)
