Tuesday, April 24, 2007

Barood


Wyraźnie znudzony, ciemnoskóry ochroniarz, niedbale sprawdza torby gościom wchodzącym do Barood.

Barood położony blisko granicy wschodniej i zachodniej Jerozolimy. Trzeba przejść przez rondo koło Bramy Damasceńskiej, pod górę, wzdłuż murów Starego Miasta, aż za Bramę Nową, gdzie Yafo przecina ulicę Króla Salomona. Później jeszcze tylko kawałek wzdłuż Yafo, w kierunku centrum miasta.

"Kiedy zakładałam ten bar szukałam nazwy, która będzie mi się kojarzyła z dzieciństwem. Będzie mocna, zwięzła, będzie oddawała charakter tego miejsca" - mówi Danielle, właścicielka "Barood". Ma koło 50 lat, piękne, gęste, czarne włosy, ubiera się w lekko hipisowskim stylu. Nerwowo pali papierosa. "Barood" to okrzyk ostrzegawczy. Po hebrajsku znaczy tyle co wybuch, ekspolozja.

"Jerozolima położona jest na skałach. Żeby cokolwiek tu zbudować, często trzeba było używać materiałów wybuchowych. Jednym z najwyrazistrzych wspomnień mojego dzieciństwa są ludzie biegający po ulicach, wymachujący czerwonymi choragiewkami, krzyczący "barood, barood" ! Nagle cały świat zamierał. Zatłoczone aleje w jednej chwili pustoszały, stawały wszystkie samochody, ludzie chowali się po domach i sklepach. Pamiętam moment głębokiej, intensywnej ciszy, napięcia w oczekiwaniu na wybuch, chmurę kurzu, deszcz kamyków wyrzuconych w jerozolimskie niebo.



"Barood" - to słowo jest jak Jerozolima, zwięzłe i pełne napięcia" - Danielle nalewa sobie kolejną, trzecią już chyba tego wieczora whisky z lodem. - "Teraz ta nazwa nabrała nowego wymiaru. Dla mnie osobiście. Pięć lat temu straciłam siostrę."

Trzydziestego pierwszego lipca 2002 roku, wpół do drugiej po południu w kafeterii najstarszego kampusu Uniwersytetu Hebrajskiego na górze Skopus we wschodniej Jerozolimie wybuchła bomba. Mimo wakacji kafeteria, nosząca imię Franka Sinatry, była pełna ludzi. Koło 100 osób, uczestników i wykładowców letnich kursów, pracowników kampusu, kandydatów na studentów. Obcokrajowców - głównie Amerykanów i Izraelczyków. Wybuch zmiótł krzesła i małe, kwadratowe stoliki, którymi zastawiona była kafeteria, rozpruł podwieszany sufit. Bombę, w niepozornej torbie, podrzucił dzień wcześniej Muhammad Ouda, pracownik techniczny uniwersytetu, jak się okazało później, sympatyk Hamasu. Rannych zostało 85 osób, dziewięć zginęło, w tym siostra Danielle.

Danielle drży głos, potrafi się jednak szybko opanować. Proponuje wino. Co częste wśród lewicujących Izraelczyków bojkotuje wyroby z terytoriów okupowanych, nie oferuje wina ze wzgórz Golan, mimo że jest podobno najlepsze w kraju.

Barood jest czymś pomiędzy pubem i restauracją. Długi bar zastawiony alkoholami i przystawkami. Lekko przyćmione światło, odbijające się w zawieszonych nad blatem kieliszkach wszelkich rozmiarów i kształtów. Uśmiechnięty, tłusty kelner z wiszącej nad aparatem telefonicznym ulotki zachwala specjalności lokalu - koktail i aperitif "Barood", w cenie 29 szekli każdy. Na przeciw restauracyjne stoliki. Można tu zjeść którąś z miejscowych specjalności. Przyrządzane na różne sposoby mięso, robiony na miejscu, przepyszny, jogurtowy ser labaneh, podawany zwykle w falafelowych kulkach, sutlah - ryżowy deser z cynamonem i orzechami.

Na ścianie nad stolikami rzędy fotografii. Na zdjęciach z lat sześdziesiątych i siedemdziesiątych wnętrza nie istniejących już jerozolimskich kawiarni. Brodaci, młodzi mężczyźni, kobiety o gęstych, długich włosach, podobnych do włosów Danielle. Wszechobecny dym papierosowy, butelki, piętrzące się na stolikach szklanki i serwetki, niedokończona partia szachów, śpiący pod stołem pies. Danielle wskazuje na zdjęciach znane osoby - pisarzy, polityków, piosenkarki - wylicza tych, którzy zrobili kariery i tych którzy się dobrze zapowiadali ale zabrały ich wojny, choroby, zniszczyły nałogi.

Danielle pochodzi ze znanej sefardyjskiej rodziny, od dziesięciu pokoleń mieszkającej w Jerozolimie. Czuje się mocno związana z rodzinnym miastem, z jego kawiarniami, zaludniającymi je ludźmi.


Robi sobie kolejnego drinka, wie że za dużo pije, ale nie może się powstrzymać. Zapala kolejnego papierosa.

Pyta się gdzie się zatrzymałem. Opowiadam o palestyńskim hostelu Faisal. Równie dobrze mogłbym mówić o ciemnej stronie księżyca. Dla Danielle rondo przed bramą Damasceńską znajduje się za niewidoczną, nieprzekraczalną granicą. Pozbawione liści palmy, stragany ulicznych arabskich sprzedawców, Al' Ayed Restaurant, której korpulentny palestyński właściciel podaje równie dobry labaneh jak u niej - to wszystko, choć odległe od jej baru o piętnaście minut spacerem, mogłoby być odgrodzone drutami kolczastymi, wciąż w rękach Legionu Arabskiego. Nigdy tam nie bywa.

Danielle


Cwija od lat mieszka w tym samym domu w zachodniej Jerozolimie. Jej rodzina kupiła go kiedyś od rodziny Maji. Cwija i Maja do dziś się przyjaźnią. Maja opowiadała, że kiedyś naprzeciw salonu, zamiast małego kuchennego okienka, były dodatkowe drzwi prowadzące do ogrodu, w którym rosły cytrynowe drzewka. Przez te drzwi nastoletnia Maja widziała podczas wojny sześciodniowej jak obok przelatującego nad miastem, podobnego do komara izraelskiego myśliwca pojawił się obłoczek dymu. Obłoczek szybko rósł, samolot wpadł w spiralę i zaczął osuwać się w dół. Maja w napięciu czekała, czy obok samolotu pojawi się biała czasza spadochronu. Czekała do momentu, kiedy samolocik zniknął jej z oczu, a od wzgórz i ogrodów odbiło się echo odległej eksplozji.

Jest wczesny poranek. Cwija wraz z mężem Amnonem szykują się do wyjścia na targ. Amnon to prawdziwy dziwak. Przez lata był znanym izraelskim felietonistą, teraz zajmuje się układaniem krzyżówek. Jego krzyżówki to prawdziwe, małe dzieła sztuki, wydobywające z hebrajskich słów nieoczekiwane warstwy znaczeń, w figlarny sposób wykorzystujące bogactwo języka. Amnon jest inteligentnym egocentrykiem, spoglądającym na świat spode łba, mało mówi, ciężko go wyprowadzić z równowagi. Ale kiedy komuś się uda, potrafi być nieobliczalny. Tak jak wiele lat temu podczas wizyty w Niemczech, kiedy Cwija wpadła na pomysł by pojechać do Dachau. "Proszę" - rzekł Amnon i rzucił pieniędzmi o stół - "Tu są pieniądze, ale jeśli ty jedziesz to Dachau, to ja idę do burdelu."

Cwija, gdy to opowiada, zawsze śmieje się głośno, zaraźliwie. Uderza w uda dłońmi o palcach ozdobionych złotymi pierścionkami. Niska, korpulentna, pełna energii - taka prawdziwa żydowska mama. Prowadzi prywatną praktykę lekarską, zwykle cały dzień jest w ruchu.

Ubierają się ciepło, na zewnątrz gwiżdże wiatr, w radiu zapowiadali, że dziś może spaść śnieg. Porozumiewają się półgłosem, by nie zbudzić śpiącej córki -
Danielle.



W 1929 roku dziadek Amnona, znany i poważany rabin mieszkający w Hebronie miał sen. Przyśniło mu się, że powinien zabrać swoją cierpiącą na reumatyzm żonę do Yaffy, starożytnego portu, do którego nabrzeża przed tysiącami lat miały przybijać statki z libańskimi cedrami na budowę świątyni Salomona. Dziadek, którym był mistykiem, uznał sen za znak i wyprowadził się z rodzinnego miasta. Miesiąc później - 20 sierpnia 1929 roku do hebrońskich Palestyńczyków dotarła plotka, że Żydzi chcą w Jerozolimie zburzyć meczet Al-Aqsa. Wzburzony tłum splądrował kramy na bazarze i w trwającym cały dzień pogromie zabił 69 osób. Wielu miejscowych Żydów ocalało ukrywając się w domach swych arabskich sąsiadów. W przeciągu kilku kolejnych miesięcy wszyscy Żydzi uciekli z Hebronu.

Amnon jest zdecydowanie przeciwny żydowskim osadom na Zachodnim Brzegu. "W domu mojego dziadka w Hebronie mieszkają dziś Palestyńczycy, ale tu w zachodniej Jerozolimie, w Bak'a, ja mieszkam w domu, który przed 1948 rokiem należał z pewnością do jakiejś palestyńskiej rodziny" - mówi -
"Powinniśmy ze sobą rozmawiać. Inaczej wszyscy staniemy się zakładnikami ekstremistów."

To co zdarzyło się dziesięć lat temu nie zmieniło poglądów Amnona. To już dziesięć lat. Amnon zapina kurtkę i zakłada śmieszną czapkę - uszankę. Otwiera bramę, by Cwija mogła wyjechać ich samochodem na cichą uliczkę, jakich dziesiątki w Bak'a.

Maja - przyjaciółka rodziny - zawsze opowiada o tym strasznym dniu sprzed dziesięciu lat ze ściśniętym gardłem. Wtedy właśnie przyjechała w odwiedziny z Amsterdamu, w którym mieszka na stałe. Jest uzależniona od ruchomych obrazków, więc w hotelowym pokoju od razu włączyła telewizor. Wszystkie kanały podawały informacje o zamachu na Ben Yehuda. Maja usiadła na łóżku. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, gdy usłyszała, że jedną z ofiar wybuchu jest dziecko Cwiji i Amnona - czternastoletnia Danielle.

Był czwarty września 1997 roku. Danielle i jej dwie szkolne przyjaciółki - Smadar Elhanan i Sivan Zarka wybrały się na Ben Yehuda, główną handlową ulicę Jerozolimy. Ben Yehuda ma za sobą krwawą historię. Pierszy poważny zamach został tu przeprowadzony w lutym 1948 roku, przez współpracujących z arabskimi terrorystami dwóch dezerterów z brytyjskiej armii. Od tego czasu trzynaście razy znajdowano na Ben Yehuda samochodowe bomby, które zaraz miały wybuchnąć, kawiarnie były obrzucane granatami, wylatywały w powietrze wypchane ładunkami i gwoździami lodówki, torby i skutery. Na tej jednej ulicy zginęło w zamachach prawie sto osób a pięćset zostało rannych.



Tym razem trzy dziewczynki były bez szans gdy w ich pobliżu wysadzli się w powietrze trzej zamachowcy - samobójcy. Pochodzili z tej samej wioski - Asira al-Shamaliye. Ten atak miał być odwetem za zamordowanie przez izraelskie służby specjalne Mahmouda Abu Hanouda - jednego z przywódców Hamasu. Smadar i Sivan zginęły na miejscu. Danielle, w bardzo ciężkim stanie została przewieziona do szpitala.

Nurit Peled-Elhanan, matka Smadar, mówi dzisiaj: "moja mała córeczka została zamordowana ponieważ była Izraelką, przez młodego człowieka, który był poniżany, poddany opresji, doprowadzony do stanu skrajnej desperacji, tylko dlatego, że był Palestyńczykiem. Nie ma różnicy pomiędzy żołnierzem na punkcie kontrolnym, który zatrzymuje samochód z rodzącą kobietą i powoduje w ten sposób śmierć dziecka, a człowiekiem który zabił moją córkę."

Historia potrafi być okrutna w swej ironii. Smadar była wnuczką generała Mattityahu Peleda. Peled przeszedł drogę od wojskowego jastrzębia, uczestnika słynnego "protestu generałów" podczas którego wraz z Arielem Sharonem wymusił na rządzie rozpoczęcie wojny sześciodniowej, do zdecydowanego zwolennika współistnienia i rozmów z Arabami. Niektórzy historycy twierdzą, że bez Peleda, generała, a zarazem założyciela wydziału literatury arabskiej na Uniwersytecie Tel-Awiwskim, nie byłoby porozumień z Oslo. Generał przez lata starał się być skrzynką kontaktową między OWP a swoim starym towarzyszem broni Yitzhakiem Rabinem.



Danielle już wstała. Powoli rozczesuje swoje piękne, kręcone włosy. Wtedy - dziesięć lat temu włosy zamortyzowały uderzenie odłamków, uratowały jej życie. Rozczesuje włosy powoli, nie tylko dlatego, że są naprawdę gęste. W ogóle od dziesięciu lat robi wszystko dwa razy wolniej od swych rówieśników. Spędziła długie miesiące w szpitalu. Tam przeszła sepsę i przeżyła śmierć kliniczną. Mózg Danielle został nieodwracalnie uszkodzony. Proste czynności stały się wyzwaniem. Jednak stara się żyć normalnie. Wie, że zaraz wrócą z targu rodzice. Cwija obiecała Daniele, że podrzuci ją na lekcję muzykologii, więc Daniele się śpieszy. Wybiera bluzkę, oczywiście z długim rękawem, tak by nie było widać rozległych blizn po oparzeniach.

Wielka wojna w obronie cywilizacji


Dwa dni temu wracając ze spaceru po molo w Brigthon wstąpiłem do położonej niedaleko plaży księgarni. Poprosiłem o ostatnią książkę Roberta Fiska. Sprzedawca wyraźnie wiedział o co mi chodzi - "czwarte piętro, proszę szukać w dziale polityka, półka Bliski Wschód" - wyrecytował z pamięci. Dziesięć minut później wyszedłem z 1300 stronnicowym tomiszczem pod pachą, wydrukowanym na czymś, co niestety do złudzenia przypomina papier toaletowy.

Teraz siedzę w mieszkaniu w centrum Warszawy, słucham jak u sąsiada cyklinują podłogę i wertuję "The Great War For Civilisation". Mieszkam w Śródmieściu, przy ulicy, która przed wojną nazywała się Piusa. Niedaleko stąd w czasie Powstania Warszawskiego znajdował się sztab AK. Ilekroć przyjeżdża do mnie ktoś zza granicy, staram mu się opowiedzieć o historii mojego miasta. Żeby zrozumiał dlaczego jest, jak jest - czemu to miasto jest takie szare, tak chaotycznie zabudowane. Jestem wnukiem powstańca warszawskiego, odczuwam wewnętrzna potrzebę, by się dzielić się z zagranicznymi znajomymi tym, co stanowi istotną część przekazanej mi w domu tradycji. Chcę by choć trochę zrozumieli. Muszę się hamować by nie zamienić ich pobytu w koszmar, nie zalać ich tym całym nieszczęściem, obecną na każdym rogu martyrologią. Historią brata mojego dziadka, który wyparował na Starówce trzynastego dnia powstania w wybuchu zdobytego przez harcerzy niemieckiego ciężkiego transportera ładunków, rzezią Woli którą widział na własne oczy mój piętnastoletni wówczas dziadek, opowieściami o wcześniejszym o rok powstaniu w gettcie.

Już w samolocie powrotnym z Londynu, jak tylko Boeing 757 wzbił się w powietrze, a profesjonalnie uśmiechnięte stewardesy rozpoczęły rozdawać gazety, kawę i wyjątkowo ohydne kanapki z zimnym jajkiem i bekonem, zacząłem kartkować książkę Fiska. Szybko zdałem sobie sprawę, że jest ona pisana jest z tej samej wewnętrznej potrzeby, która każe mi dręczyć biednych obcokrajowców warszawską historią. By ci co czytają choć trochę zrozumieli.



Doskonale pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z Fiskiem. Był luty 2002 roku, kolega, który wtedy mieszkał na Bliskim Wschodzie, przesłał mi mailem link do artykułu korespondenta brytyjskiego dziennika "The Independent". Korespondent ów, Robert Fisk, przejeżdżał przez graniczącą z objętym wojną Afganistanem pakistańską miejscowoś Kila Abdullah. Tam jemu i jego towarzyszom podróży popsuł się samochód. Trafili w środek zdesperowanego, wściekłego tłumu afgańskich uchodźców, którzy prawie ukamieniowali Fiska. Pobity, zakrwawiony korespondent pięściami utorował sobie drogę do ocalenia w postaci stojącego nieopodal konwoju Czerwonego Krzyża. Pisał - "zauważyłem, że płaczę i łzawię, i że łzy oczyszczają mi oczy z krwi. Co ja zrobiłem, wciąż pytałem siebie? Biłem i atakowałem afgańskich uchodźców, tych samych ludzi, o których pisałem tak długo, tych pozbawionych wszystkiego, okaleczonych ludzi, których mój kraj – pośród innych – zabijał dookoła (...) Ludzie, którzy zostali napadnięci, to Afganowie, rany zadane przez nas – przez B-52, nie przez nich. (...) Gdybym był afgańskim uchodźcą w Kila Abdullah, zrobiłbym to samo, co oni. Zaatakowałbym Roberta Fiska. Czy innego człowieka z Zachodu, którego mógłbym dopaść." (tłum. Z.Łabędzki)

Pamiętam jaką złość wywołał we mnie ten tekst. Napisałem gniewny mail do kolegi, nie mogłem zrozumieć jak można usprawiedliwiać ewidentne barbarzyństwo, próbę ukamieniowania niewinnego człowieka, niezależnie od cierpień jakich wcześniej doświadczyli rzucający kamieniami. To relatywizm moralny au rebous, szczególnie dziwnie brzmiący w ustach kogoś, kto piętnuje hipokryzję zachodnich rządów.

Nadal nie zgadzam się w wielu sprawach z Fiskiem. Ale po przeczytaniu kilkudziesięciu jego artykułów i wysłuchaniu kilku wykładów, zacząłem go szanować. I zaczynam rozumieć dlaczego napisał to co napisał.

Fisk ma trzydzieści lat doświadczenia dziennikarskiego na Bliskim Wschodzie. Obserwował wszystkie konflikty w regionie - od rewolucji w Iranie w 1979 roku, poprzez wojnę irańsko - iracką, wojnę domową w Libanie, konflikt izraelsko - palestyński, po obie wojny w zatoce Perskiej, Afganistan, Kosowo i Algierię. Dużo tego. Był jednym z pierwszych dziennikarzy którzy dotarli na miejsce masakry w obozach palestyńskich uchodźców Sabra i Shatila. Przed 11 września 2001 roku trzy razy przeprowadził wywiad z Osamą Bin Ladenem. Jest przytłoczony cierpieniem, które widział. To co pisze, pisze zawsze z punktu widzenia niewinnych ofiar. Stara się pamiętać każdą z nich - zagazowanych przez Saddama irańskich żołnierzy na północ od Teheranu, ofiary amerykańskich bombardowań w Iraku w 2003 roku, zczerniałe zwłoki irackiego żołnierza w Fao, na którego palcu błyszczała w słońcu ślubna obrączka.

Od 25 lat mieszka w Bejrucie, dobrze zna historię regionu - wie, że jest ona równie skomplikowana i wielow ątkowa jak wzory na perskich dywanach.


Kiedy Fisk był mały, jego ojciec, weteran pierwszej wojny światowej, zabierał go każdego lata do Francji, na pola Sommy, Ypres i Verdun. Dziś Fisk pisze - "Po zwycięstwie aliantów w 1918 roku, po zakończeniu wojny mojego ojca, zwycięzcy podzielili kraje swych niedawnych wrogów. W przeciągu niespełna siedemnastu miesięcy wykreślone zostały granice Irlandii Północnej, Jugosławii i większości państw na Bliskim Wschodzie. Spędziłem całą moją karierę w Belfaście i Sarajewie, Beirucie i Bagdadzie, patrząc jak te granice płoną.

Ojciec reportera, za udział w wojnie, która według H.G. Wellsa miała być "wojną przynoszącą koniec wszystkim wojnom", a stała się początkiem najkrwawszego stulecia w historii ludzkości, otrzymał wiele medali. Awers jednego z nich przedstawia Wiktorię - skrzydlatą rzymską boginię zwycięstwa. Na rewersie wygrawerowany został napis - Wielka wojna w obronie cywilizacji.

Dla autora "The Great War For Civilisation", walące się wieże World Trade Center nie były początkiem jakieś nowej, apokaliptycznej epoki, znakiem najazdu barbarzyńców "nienawidzących naszej wolności", a logicznym etapem historycznego procesu, który rozpoczął się w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku, kiedy to Gavriło Princip oddał dwa strzały z pistoletu Browning M1910.

Siedzę w mieszkaniu w centrum Warszawy. W TVN 24 właśnie podali, że "polska misja stabilizacyjna polskich żołnierzy w Iraku przekształciła się w bojową". Kartkuję grubą, 1300 stronnicową książkę i odczuwam żal, że raczej nigdy nie ukaże się ona po polsku.