Z moim miastem to jest tak:
Potoki sobie szemrały wśród boru tysiącletniego, jarami do Wisły spływając, osady rosły tu i tam, zameczek drewniany w Jazdowie na skarpie górujący, w sadach owoce, w okolicach dzisiejszej hali Mirowskiej bydełko się wypasało...
to przyszli różni Rusini, Litwini i Tatarzy - osady spalili, sady podeptali, bydło zeżarli i poszli...
nic to - odbudowaliśmy...
Nowe miasto (dziś zwane Starym) i nowsze (zwane Nowym). Bona niejaka, królowa zresztą, książąt ostatnich otruwszy, warzywniaków nasadziła, drogi się wytyczyło, mury, kościoły pobudowało. Pałace, (jakoś tym królom w krakowskim mieszkaniu ciasno było i widok ze skarpy w Warszawie woleli) a jakże, również...
No to wymyślili, że tu trzeba elekcję urządzić. Wpierw w okolicach pana yayco, a potem po mojej stronie rzeki...
Najechało się luda, sady rozdeptali, drogi rozjechali, to bydło i kury co były, zeżarli - generalny bałagan i tak cięgiem koło dwustu lat. Nijak nie dało się nic ustalić, bo co bogatsi, to sobie na własność kawałki miasta pokupowali. A taki, pożal się, właściciel niedzielny, to ulicę do granicy swojej działki wytyczał, a reszta go nie obchodziła.
I kończyły się te ulice w krzakach.
A jak ktoś komuś cielesną powłokę w wyniku nieporozumienia towarzyskiego naruszył, to biegł trzy domy dalej i już był bezpieczny - bo niewidoczną granicę jurydyki przekroczył.
Jednym słowem Sodoma & Gomora pod płaszczykiem obywatelskiego obowiązku.
A potem taki jeden, w charakterze króla robiący emigrant zza morza, awanturę ze swoimi ziomkami uskutecznił, na poczet ówczesnego kodeksu pracy. Że to niby mu się równorzędna posada za morzem należy.
Więc przyjechała ichniejsza inspekcja pracy liczną delegacją. Ci to już zeżarli wszystko co się dało. A czego się nie dało zeżreć to wywieźli. A czego nie wywieźli to spalili.
Odbudowaliśmy.
To potem taki jeden, tym razem zza enerdowskiej granicy, najpierw chciał narodową pamiątkę w postaci kolumny koledze z Moskwy opchnąć. A jak się nie udało, to w poprzek miasta Oś sobie zbudował. Znaczy pałac, duży ogród w którym poważni, starożytni faceci w postaci kamiennych posągów się znajdowali, staw, kaczki i pawie. A na końcu mieszkanie dla wojska. Ot, tak na wszelki wypadek.
I latał ten enerdowiec po parku, kaczki i pawie straszył, podkowy łamał, a warszawski obywatel z Żoliborza, jak chciał rodzinę na Mokotowie odwiedzić, to się podmiejskimi sadami przemykać musiał.
A potem przyszli nieproszeni goście ze wschodu, kumple tego, któremu się kolumny wywieźć nie udało. Ci to już tak przychodzili i wychodzili, aż zostali na stałe.
Za każdym razem zżerając wszystko, a czego się nie dało zeżreć to wywożąc, a czego się nie dało wywieźć paląc.
Ale to nie było najgorsze - bo oni, jak juź osiedli na stałe, to sami budować zaczęli. Dzięki czemu w letnich miesiącach pewna reprezentacyjna ulica za plan filmu "Przygoda w Odessie" robić może bez charakteryzacji.
Jak już sobie wreszcie poszli, to zaraz ci z enerde z powrotem przyleźli. Co ci robili to ja już tu pisać nie będę, żeby grubem słowem, co się samo ciśnie na usta, czytelnika uszu i oczu nie urazić. A poza tym, to świeża historia, więc ją wszyscy znają.
A potem ci ze wschodu, co się kuchennymi drzwiami wepchali, jak enerdowcy główną klatką schodową uciekali, w środku miasta nam rakietę międzykontynentalną ucharakteryzowaną na wyrób cukierniczy postawili.
I tak w koło Macieju.
No więc z moim miastem to jest tak:
Co jakiś czas się zdarza, że wpadają do nas nieproszeni goście - meble poprzewracają, do zupy naplują i dywan ukradną. A potem rodzina z prowincji przyjeżdża na wywczasy.
I rodzina kręci nosem, że komoda kulawa, podłoga goła, a zupy nie ma.
Taki już nasz los.
Showing posts with label cuda-niewidy. Show all posts
Showing posts with label cuda-niewidy. Show all posts
Tuesday, April 7, 2009
Subscribe to:
Posts (Atom)
