Archie został uratowany kiedyś przed wiecznym snem.
Schronisko było przepełnione. Zbliżała się mroźna zima a część psich pensjonariuszy wciąż mieszkała pod chmurką. Na ogrodzonym siatką terenie. Psy stare i młode, małe i duże, wśród nich kilkumiesięczne szczeniaki.
Pracownicy schroniska bali się że jak tak dalej pójdzie i temperatury zejdą do 20 stopni poniżej zera, te najmłodsze i najsłabsze nie będą miały szansy przeżyć.
Wymyślili więc akcję "uratuj ją/jego przed wiecznym snem".
No i Archie został uratowany.
Ciężki, z lekka niezgrabny szczeniak o wielkim łbie i grubych łapach. Widać było, że będzie z niego kawał psa. I rzeczywiście - później jego pan mawiał, że Archie przypomina mu takie psy bojowe z rzymskich malowideł.
Ale to było później. Póki co Archie był szczeniakiem i objawiał iście szczurze zainteresowania. To znaczy lubił gryźć kable. Najlepiej podłączone do prądu. Pierwszej nocy pana Archiego obudziło jakieś takie dziwne ciamkanie. Zapalił światło i zobaczył psa wgryzającego się w kabel od telewizora. Podobno takie kable są słodkie.
Pan pomyślał, że już drugi raz w ciągu tygodnia uratował swego psa przed wiecznym snem.
Mijał czas. Archie rósł. Wkrótce można było urządzać safari. Safari zwykle odbywało się w weekendy. Pan i zaproszeni przez Pana goście wsiadali do starego Land Rovera i rozpoczynali przejażdżkę po ogrodzie. Po ogrodzie biegał lew, czyli Archie. Jak się lew oparł przednimi łapami o drzwi samochodu, by polizać Pana przez szybę wielgachnym, szorstkim jęzorem, to udawało mu się nieznacznie terenówkę rozkołysać.
Co lubił Archie?
Ze wszystkich rzeczy na świecie Archie lubił najbardziej leżeć na słońcu. Spod zmrużonych powiek przyglądać się przelatującemu motylkowi, trawie, spadającym z drzew późną jesienią liściom.
Lubił przynosić Panu patyki. Choć właściwie nie. Lubił przynosić panu kije i konary drzew, które w jego pysku wyglądały jak patyki.
Lubił wkładać gościom Pana łeb między nogi, domagając się pieszczot. Taki, nieostrzeżony gość, mógł się łatwo wywrócić tryknięty przez ogrodowego lwa, więc pan nie lubił gdy Archie był natarczywy. A jako nieuleczalny pieszczoch był natarczywy często...
Głaskany Archie zaczynał warczeć. I znowu, nieostrzeżony gość mógł się łatwo przerazić. Niepotrzebnie. Ten głuchy odgłos wydobywający się z psiego cielska był oznaką przyjemności i przyjaźni.
Archie szczekał rzadko i, o ile Pan wie, nikogo nigdy nie ugryzł.
Kiedyś na Archiego z wiejskiego zabudowania wyskoczył wielgachny wilczur.
Nastroszona, pełna zębów, włochata kula odbiła się od Archiego jak od ściany. Ogrodowy lew przebiegł się w tę i nazad łapami po przeciwniku i było po walce. Wilczur uciekł z podkulonym ogonem.
Archie nie za bardzo lubił dzieci. Nie do końca rozumiał ich zachowanie, gwałtowne ruchy i krzykliwość. Ale nie był agresywny. Po prostu z godnością oddalał się w jakieś spokojniejsze miejsce.
Archie lubił jabłka. Jak Pan gdzieś w ogrodzie jadł jabłko Archie natychmiast był obok i patrzył się na Pana wielkimi, lwimi oczami.
Czas mijał. W tym miejscu opowieści Pan zwykle lubi wspomnieć o swojej wiekowej ciotce. Miała ona w małym, warszawskim mieszkanku prawdziwy XVIII- wieczny kredens. Holenderski. Kredens otwierał się takim wielkim kluczem. Ciotka trzymała w kredensie ciastka i staruteńkie, porcelanowe filiżanki.
Ulubiona maksyma ciotki brzmiała "Pamiętaj, taki nasz los, że meble nas przeżyją". Pan Archiego, zwykle nie mógł się powstrzymać, by z głupia frant nie przypomnieć ciotce w takich momentach o istnieniu mebli z Ikei.
Wiec czas mijał. A czas jest nieubłagany dla wielkich, ogrodowych lwów. Pan na kilka lat wyjechał robić karierę. Daleko, daleko za granicę. Archie nie byłby szczęśliwy tam gdzie był Pan. Pozostał z rodziną Pana, w swoim ogrodzie. Spod przymkniętych powiek patrzył na kolejne zachody słońca, na mokrym psim nosie czuł kolejne ciepłe wietrzyki oznajmujące nadchodzącą wiosnę, na gęste futro spadały mokre listki z jabłonek, oznaczające, że znów zbliża się jesień.
Pewnego dnia Pan wrócił. Było późne lato. Na powitanie przykuśtykał do niego stary ogrodowy lew, położył ciężką głowę na kolanach i spojrzał na swojego Pana, wielkimi, z lekka zamglonymi oczami.
Przeżyli razem jesień, zimę, przyszła wiosna.
Archie zaczął mieć poważne problemy z chodzeniem. Psy starają się nie okazywać bólu. Tak je skonstruowała matka natura. Trzeba spojrzeć psu w oczy - zobaczyć jak zwężają się źrenice, by zrozumieć, że wszystko jest nie tak, jak być powinno.
Pan przez tydzień chodził jak struty. Wreszcie, tuż przed weekendem, założył psu obrożę, wziął smycz i poszli. Powoli. Kilka ulic dalej. Do małego białego domku, który Archie znał z corocznych szczepień.
Weterynarz zbadał psa, wyprostował się, spojrzał Panu w oczy i powiedział - "To nie ma sensu"
Pan czuł się dziwnie. Jak aktor z jakiegoś kiczowatego filmu. Film się zaraz skończy, zapalą się światła, wyjdziemy z kina i wszystko będzie tak, jak być powinno.
Popatrzył w koło. Z lekka obtłuczona witrynka, w niej różnorakie specyfiki, fiolki i ampułki. Stalowy stół, biurko, na nim notatniki, długopisy, paczka jednorazowych, gumowych rękawiczek.
Na ścianie plakat zachwalający szczepienia, zimna podłoga, wykładana zielonym kafelkami.
"Nie tutaj, proszę..." - powiedział i poczuł jak rozpuszcza się dziwna gula, którą miał w gardle od kilku dni. Z oczu popłynęły łzy.
*
Cuda zwykle się nie zdarzają. Tym razem jednak zdarzył się cud.
Weterynarz został na chwilę z Archiem. Pan pobiegł po samochód. Ten sam stary, rozklekotany Land Rover. Złożyli tylne siedzenie i załadowali psa. Weterynarz wziął małą stalową skrzyneczkę, zamknął przychodnię i pojechali.
Pojechali na skarpę.
To takie miejsce ulubione przez Pana i Archiego. Na brzegu lasu. Skarpa. W dole wije się rzeka. Pan zawsze lubił widok na całą dolinę jaki się z tego miejsca rozciąga.
Archie lubił zapachy jakie przynosił na skarpę wiatr.
Poszli na długi, godzinny spacer. Archie przyzwyczaił się do Weterynarza. Nie było wokół obcych, ostrych zapachów lecznicy, więc przestał się bać. Wolno kuśtykał, trącał nosem młode, wiosenne trawki.
Potem wrócili do samochodu. Pan przytulił psa. Lekarz zrobił zastrzyk.
Showing posts with label holenderski kredens. Show all posts
Showing posts with label holenderski kredens. Show all posts
Friday, October 23, 2009
Subscribe to:
Posts (Atom)
