W zasadzie to ja miałem iść na polonistykę.
Ale chciałem czegoś bardziej konkretnego. Więc wybrałem archeologię. Jakże się myliłem! (Jeśli chodzi o to coś bardziej konkretnego - ale o tym innym razem).
W tych odległych czasach, gdy do BUW-u z mojego wydziału się szło przez tunel podziemny z zapiekankami , kefirem i drożdżówkami, zamiast procentów były egzaminy. Procenty ewentualnie po.
Dla człowieka zwolnionego z obecności na lekcjach historii w liceum, egzamin okazał się bezbolesny. Upał był - prawie zemdlałem w autobusie do domu wracając. Pamiętam książki, które sobie na okoliczność egzaminu od koleżanki pożyczyłem. Koleżanka jest teraz uznaną feministką, a książki były jej taty. Tata dzięki swojej działalności w latach osiemdziesiątych zapewnił rodzinie różne atrakcje. Koleżanka się zwierzała, że długo musiała walczyć z odruchem, by w domu mówić szeptem, głos podnosząc jedynie w toalecie.
Swoją drogą, skąd to przekonanie, że nie okablowali także toalety?
Ale to także nie o tym.
To o tym, że po pierwszym roku, a raczej by być dokładnym, pod koniec roku tego, podszedł do mnie starszy kolega. I zapytał czy nie chcę z nim jechać na praktyki.
Tu wyjaśnijmy sobie kilka spraw.
My byliśmy z Archeologii Śródziemnomorskiej. To był taki wydział, na który przyjmowano 20 osób (do czasu - rok później przyjęto 200). Prócz nas byli tak zwani "pradziejowcy". My żeśmy byli od korzeni cywilizacji europejskiej, oni od rozkopywania cmentarzysk choleryków średniowiecznych i wiosek różnorakich barbarzyńców zza limesu.
My żeśmy siedzieli na Krakowskim Przedmieściu, razem z filologami klasycznymi. Oni w baraku, w drodze na lotnisko.
Wojna trochę była.
I ten właśnie kolega mówi, że praktyki co prawda są, ale pradziejowe. Dodajmy, że z Ujotu. I tam nikt nie zdecydował się na nie jechać. Na tych, znaczy się, pradziejach ichniejszych, podwawelskich, choć blisko mają.
Dodajmy, że o praktyki jakiekolwiek to było krucho. Zwłaszcza u nas - jak zaczynałem studia, to Ojczyzna nasza, było by nie było, Ojczyzna Kazimierza Michałowskiego, nie wiele miała do zaproponowania jego ewentualnym następcom.
Do Novae, twierdzy legionowej w Bułgarii, można było z Piotrem Dyczkiem pojechać, jak się wątrobę silną miało. Do Aleksandrii i na Cypr.
Ale nie po pierwszym roku. Po pierwszym roku to sobie można było pojechać na wakacje w Bieszczady z namiotem. Torby foliowe, przez wiatr ganiane po połoninach, podziwiać.
Więc się ochoczo na te pradziejowe wykopki zgodziłem.
Domków kilka urokliwych, na wzgórzu. W dole rzeczka się wije, Dunajcem zwana. Gdzie teraz gospodarze pola mają, kiedyś grodzisko było. Chłop miejscowy - Łyczko niejaki, skarb znalazł, jeszcze za czasów Cesarza.
No to żeśmy dom w stanie surowym zajęli, nieopodal tego pola-grodziska. Właściciele tego domu niewykończonego, w chałupie nieco niżej. A raczej właścicielki - matka i dwie córki. Całkiem nadobne.
Szybko się okazało, czemu my tutaj - studenty warszawskie. Bo wszystko już wykopane - stratygrafia jeno została. Przekrój wału grodziska łużyckiego. Na ostrym stoku dzisiaj będącego.
O co chodzi, to się zapytajcie Pana Mindrunnera.
W praktyce to wyglądało tak. Pobudka - 6.00. Po krótkiej toalecie i symbolicznym śniadaniu targamy sprzęt (łopaty, kilofy, gwoździe, sznurki, teodolit, taczki, łatę, szpachelki, papiery i inne takie) pod górę na stanowisko. A potem to już normalnie. Się kopie. Się plantuje - czyli za pomocą łopaty liże powierzchnię warstwy, tak by było każdą żyłkę widać. Się zakłada siatkę stratygraficzną. Się rysuje i robi zdjęcia. I znowu się kopie. Się znowu liże i zakłada. I tak w koło Macieju. Co kilka centymetrów. Przez miesiąc.
Zrobiliśmy koło czterech metrów.
Ale ja nie o tym.
Może o tym, żeśmy strasznie oszczędzali. Płacili nam tam grosze - a każdy z nas na resztę lata miał mocarstwowe plany... Chłopaki jechali do Daszewskiego na Cypr. Ja - od zawsze zakręcony na temat Rzymu, do tego Rzymu po raz pierwszy się wybierałem.
Oszczędzaliśmy, więc jedliśmy niewiele. I pracowali ciężko. Wtedy zrozumiałem, dlaczego robotnicy piją. Po tygodniu takiej pracy trzeba odreagować.
My żeśmy odreagowali raz. Krętą asfaltówką poszliśmy do najbliższej większej wioski. Tam w piwiarni serwowano zimne piwo. W litrowych kuflach. Po dwa na głowę wystarczyły.
Później pomaszerowaliśmy, nieco chwiejnym krokiem, do miejscowego sklepu. To był czas taki, gdy modnie było, by wódka miała napis "כשר" i stempel rabina. No i nazwę odpowiednią.
Kupiliśmy trzy - Rebekę, Ryfkę i trzecią, której nazwy nie pamiętam. Wyjątkowo to wszystko wydało mi się zabawne.
A potem to już było nieciekawie.
Znaczy się krzaki jakieś nadrzeczne. Może i to tatarak był - z flory zawsze byłem słaby... BMW staruteńkie, czarne, dresiarzami wypełnione. Szybko swój błąd zrozumieli. Nie ma to jaki głodny, pijany koszerną wódką student archeologii po miesiącu machania kilofem.
Most nad Dunajcem. W dole miastowi na wakacjach, kąpielom słonecznym się oddają. W górze koledzy moi i turniej "kto dalej nasika w nurt górskiej rzeki".
No i co ja mogę powiedzieć? Że dla nas chleb z masłem i plasterkiem pomidora przez ten miesiąc był luksusem? Że jak nam gospodyni przyniosła świeży, domowy chleb i trochę fasolki szparagowej z pola, to dla nas była to uczta Lukullusa?
Nie, mogę powiedzieć, że potem kolega się przewrócił na prostej drodze. Na plecy. Z ostatnią butelką wódki w plecaku na tychże plecach. A ja mu usiadłem na głowie.
Z rozpędu.
A inny kolega maszerował w naszym domku do piątej śpiewając to:
Dom, jak już wspomniałem wcześniej, był w stanie surowym, więc pył wzbudzony przez kolegę mieszkał tam z nami mniej więcej przez dwa dni.
Ale to nie o tym.
Bo ta gospodyni, co nam chleb dała, miala dwie córki. Wspomniałem już o tym. Nadobne całkiem. No i myśmy czasami z tymi córkami niewinnie sobie flirtowali.
Córki były. Matka też. Ale ojca jakoś nie.
No i się okazało, że ojciec na kuracji przebywa. W wariatkowie.
W połowie naszego pobytu do domu wrócił. Nie na długo. Pewnego późnego wieczora straż pożarna, policja, karetka na kogucie. Gospodarz w koszuli nocnej z siekierą w ręce córki po obejściu gania. No to go zamknęli. Na dłuższą kurację.
Okazało się, że poniekąd z naszego powodu. Bo ojciec ów postanowił po powrocie porządki w domu robić. No i ubzdurał sobie, że my z jego córkami, to tak nie do końca niewinnie.
Więc umyślił sobie nas siekierą, we śnie, jak te kurczaki... Ale córki się sprzeciwiły. Stąd ta rodzinna awantura.
To fajne dziewczyny były.
Ale to też nie o tym.
Jak żeśmy ten dół (oops, przepraszam - profil) kopali, to trafiliśmy na śmietnik. Taki starożytny. Ówcześni mieszkańcy leniwi byli i śmieci przez wał na zewnątrz wyrzucali. Generalnie same skorupy i kości. Bo to co organiczne się rozłożyło w międzyczasie.
No to grzebaliśmy sobie w tych skorupach i kościach. Rozdzielonych warstwą spalenizny. Znaczy przyjechali obcy i przez chwilę gród wraz z mieszkańcami zamienił się w węgiel. Zaprzestał działania. Ceased to be. Jak ta papuga z Monty Pythona.
Więc grzebiemy w tych kościach poniżej warstwy spalenizny. To była krowa, a to koń, a to świnia. I nagle z góry wykopu doktor Poleski rzuca mi kostkę,
Kawałek ludzkiej kości potylicznej z wyraźnie widocznymi kresami karowymi (przyczepami mięśni).
Dziwne wrażenie. Nawet dla kogoś, kto w poprzednim roku miał co tydzień wykłady w trupiarni nad wydziałem filozofii UW.
A dlaczego ten wpis nosi tytuł Kleopatra?
A kto to może wiedzieć? Może dlatego, że jak zdawałem rok wcześniej na tę całą archeologię, to zapoznałem wyjątkowo nadobną niewiastę. Przez całe wakacje mi się śniła, podsycając zapał do studiów wyższych.
W takim typie, nieco egipskim była...
Później czar prysł szybko, ale może od niej tytuł tego wpisu? Kto wie?
Showing posts with label archeologia. Show all posts
Showing posts with label archeologia. Show all posts
Friday, July 3, 2009
Subscribe to:
Posts (Atom)
