Tuesday, April 24, 2007

Wielka wojna w obronie cywilizacji


Dwa dni temu wracając ze spaceru po molo w Brigthon wstąpiłem do położonej niedaleko plaży księgarni. Poprosiłem o ostatnią książkę Roberta Fiska. Sprzedawca wyraźnie wiedział o co mi chodzi - "czwarte piętro, proszę szukać w dziale polityka, półka Bliski Wschód" - wyrecytował z pamięci. Dziesięć minut później wyszedłem z 1300 stronnicowym tomiszczem pod pachą, wydrukowanym na czymś, co niestety do złudzenia przypomina papier toaletowy.

Teraz siedzę w mieszkaniu w centrum Warszawy, słucham jak u sąsiada cyklinują podłogę i wertuję "The Great War For Civilisation". Mieszkam w Śródmieściu, przy ulicy, która przed wojną nazywała się Piusa. Niedaleko stąd w czasie Powstania Warszawskiego znajdował się sztab AK. Ilekroć przyjeżdża do mnie ktoś zza granicy, staram mu się opowiedzieć o historii mojego miasta. Żeby zrozumiał dlaczego jest, jak jest - czemu to miasto jest takie szare, tak chaotycznie zabudowane. Jestem wnukiem powstańca warszawskiego, odczuwam wewnętrzna potrzebę, by się dzielić się z zagranicznymi znajomymi tym, co stanowi istotną część przekazanej mi w domu tradycji. Chcę by choć trochę zrozumieli. Muszę się hamować by nie zamienić ich pobytu w koszmar, nie zalać ich tym całym nieszczęściem, obecną na każdym rogu martyrologią. Historią brata mojego dziadka, który wyparował na Starówce trzynastego dnia powstania w wybuchu zdobytego przez harcerzy niemieckiego ciężkiego transportera ładunków, rzezią Woli którą widział na własne oczy mój piętnastoletni wówczas dziadek, opowieściami o wcześniejszym o rok powstaniu w gettcie.

Już w samolocie powrotnym z Londynu, jak tylko Boeing 757 wzbił się w powietrze, a profesjonalnie uśmiechnięte stewardesy rozpoczęły rozdawać gazety, kawę i wyjątkowo ohydne kanapki z zimnym jajkiem i bekonem, zacząłem kartkować książkę Fiska. Szybko zdałem sobie sprawę, że jest ona pisana jest z tej samej wewnętrznej potrzeby, która każe mi dręczyć biednych obcokrajowców warszawską historią. By ci co czytają choć trochę zrozumieli.



Doskonale pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z Fiskiem. Był luty 2002 roku, kolega, który wtedy mieszkał na Bliskim Wschodzie, przesłał mi mailem link do artykułu korespondenta brytyjskiego dziennika "The Independent". Korespondent ów, Robert Fisk, przejeżdżał przez graniczącą z objętym wojną Afganistanem pakistańską miejscowoś Kila Abdullah. Tam jemu i jego towarzyszom podróży popsuł się samochód. Trafili w środek zdesperowanego, wściekłego tłumu afgańskich uchodźców, którzy prawie ukamieniowali Fiska. Pobity, zakrwawiony korespondent pięściami utorował sobie drogę do ocalenia w postaci stojącego nieopodal konwoju Czerwonego Krzyża. Pisał - "zauważyłem, że płaczę i łzawię, i że łzy oczyszczają mi oczy z krwi. Co ja zrobiłem, wciąż pytałem siebie? Biłem i atakowałem afgańskich uchodźców, tych samych ludzi, o których pisałem tak długo, tych pozbawionych wszystkiego, okaleczonych ludzi, których mój kraj – pośród innych – zabijał dookoła (...) Ludzie, którzy zostali napadnięci, to Afganowie, rany zadane przez nas – przez B-52, nie przez nich. (...) Gdybym był afgańskim uchodźcą w Kila Abdullah, zrobiłbym to samo, co oni. Zaatakowałbym Roberta Fiska. Czy innego człowieka z Zachodu, którego mógłbym dopaść." (tłum. Z.Łabędzki)

Pamiętam jaką złość wywołał we mnie ten tekst. Napisałem gniewny mail do kolegi, nie mogłem zrozumieć jak można usprawiedliwiać ewidentne barbarzyństwo, próbę ukamieniowania niewinnego człowieka, niezależnie od cierpień jakich wcześniej doświadczyli rzucający kamieniami. To relatywizm moralny au rebous, szczególnie dziwnie brzmiący w ustach kogoś, kto piętnuje hipokryzję zachodnich rządów.

Nadal nie zgadzam się w wielu sprawach z Fiskiem. Ale po przeczytaniu kilkudziesięciu jego artykułów i wysłuchaniu kilku wykładów, zacząłem go szanować. I zaczynam rozumieć dlaczego napisał to co napisał.

Fisk ma trzydzieści lat doświadczenia dziennikarskiego na Bliskim Wschodzie. Obserwował wszystkie konflikty w regionie - od rewolucji w Iranie w 1979 roku, poprzez wojnę irańsko - iracką, wojnę domową w Libanie, konflikt izraelsko - palestyński, po obie wojny w zatoce Perskiej, Afganistan, Kosowo i Algierię. Dużo tego. Był jednym z pierwszych dziennikarzy którzy dotarli na miejsce masakry w obozach palestyńskich uchodźców Sabra i Shatila. Przed 11 września 2001 roku trzy razy przeprowadził wywiad z Osamą Bin Ladenem. Jest przytłoczony cierpieniem, które widział. To co pisze, pisze zawsze z punktu widzenia niewinnych ofiar. Stara się pamiętać każdą z nich - zagazowanych przez Saddama irańskich żołnierzy na północ od Teheranu, ofiary amerykańskich bombardowań w Iraku w 2003 roku, zczerniałe zwłoki irackiego żołnierza w Fao, na którego palcu błyszczała w słońcu ślubna obrączka.

Od 25 lat mieszka w Bejrucie, dobrze zna historię regionu - wie, że jest ona równie skomplikowana i wielow ątkowa jak wzory na perskich dywanach.


Kiedy Fisk był mały, jego ojciec, weteran pierwszej wojny światowej, zabierał go każdego lata do Francji, na pola Sommy, Ypres i Verdun. Dziś Fisk pisze - "Po zwycięstwie aliantów w 1918 roku, po zakończeniu wojny mojego ojca, zwycięzcy podzielili kraje swych niedawnych wrogów. W przeciągu niespełna siedemnastu miesięcy wykreślone zostały granice Irlandii Północnej, Jugosławii i większości państw na Bliskim Wschodzie. Spędziłem całą moją karierę w Belfaście i Sarajewie, Beirucie i Bagdadzie, patrząc jak te granice płoną.

Ojciec reportera, za udział w wojnie, która według H.G. Wellsa miała być "wojną przynoszącą koniec wszystkim wojnom", a stała się początkiem najkrwawszego stulecia w historii ludzkości, otrzymał wiele medali. Awers jednego z nich przedstawia Wiktorię - skrzydlatą rzymską boginię zwycięstwa. Na rewersie wygrawerowany został napis - Wielka wojna w obronie cywilizacji.

Dla autora "The Great War For Civilisation", walące się wieże World Trade Center nie były początkiem jakieś nowej, apokaliptycznej epoki, znakiem najazdu barbarzyńców "nienawidzących naszej wolności", a logicznym etapem historycznego procesu, który rozpoczął się w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku, kiedy to Gavriło Princip oddał dwa strzały z pistoletu Browning M1910.

Siedzę w mieszkaniu w centrum Warszawy. W TVN 24 właśnie podali, że "polska misja stabilizacyjna polskich żołnierzy w Iraku przekształciła się w bojową". Kartkuję grubą, 1300 stronnicową książkę i odczuwam żal, że raczej nigdy nie ukaże się ona po polsku.

No comments: