Ale zacznijmy może od dykteryjki, która wyjaśni tytuł tej notki.
Podczas oblężenia Sarajewa, w połowie lat dziewięćdziesiątych, ktoś w nocy napisał sprayem na ścianie poczty głównej w Sarajewie - "Tu jest Serbia".
Kilka dni później napis został przekreślony i pojawił się nowy - "Tu jest poczta, głupcze."
Historia ta dała tytuł wydanej w 1995 roku książce Konstantego Geberta i dosyć dobrze określa mój osobisty stosunek do wojen na Bałkanach (i do wojen w ogóle).
Być zawsze, na tyle na ile się da, po stronie obrońców poczty.
Bałkany to jeden z tych rejonów świata, ciasnych, magicznych krain, gdzie wiele narodów, od wieków siedzi sobie nawzajem na głowie. Dawne bitwy przechodzą do legend. Budowane dla podkreślenia praw do ziemi pałace i świątynie z czasem stają się święte.
Mieszkańcy takich terenów potrafią przez lata siedzieć sobie na głowie nawzajem we względnym spokoju, ale wystarczy jedna iskra by ożyły dawne legendy. Wtedy, jak pisze Dubravka Ugresic "wkładają na głowy jakieś straszne czapy, przyklejają sobie przerażające brody, wywracają groźnie oczami, pokrywają swoje ciała wojennymi barwami, sięgają po drągi, widły, łuki i strzały (...) i zaczynają się z całych sił wydzierać."
A potem groby zarastają trawą, bitwy przechodzą do legendy, wznoszone zostają pomniki, świątynie i pałace. Zapada spokój. Do następnego razu.
Z mieszkańcami takich rejonów ciężko jest rozmawiać o historii. Bo historia jest tutaj wyjątkowo zagmatwana. Nic nie jest czarno- białe. Wszystko występuje w tysiącach odcieni i rozmówcy dobierają sobie z tego bogatego skarbca to co im pasuje.
Wie to każdy kto rozmawiał z Polakami i Ukraińcami o kresach, z Żydami i Arabami o Palestynie, z Serbami, Chorwatami, Albańczykami, Bośniakami o wojnie w Jugosławii, z Żydami i Polakami o wspólnej historii.
Wierzę, choć być może jest to wiara naiwna, że jedynym wyjściem z tego zaklętego koła jest generalne zanegowanie dyskursu na poziomie etnicznym. Obrona "poczty" miast obrony Polski, Serbii, Ukrainy czy Eretz Israel.
Do tego potrzebna jest pamięć i zrozumienie, że dzisiejsze wydarzenia są elementem długotrwałych procesów historycznych - często rozciągniętych na dziesiątki/setki lat. Że te procesy są wyjątkowo zagmatwane i nic nie jest tu czarno-białe.
Jak słyszę o niewinnych Serbach ograbianych z części swojej ziemi, to natychmiast przypomina mi się płaczący żołnierz ONZ w Sarajewie, pochylony nad dzieckiem zastrzelonym przez serbskiego snajpera. Przypomina mi się, jak prawie fizycznie odchorowałem bezsilność holenderskich żołnierzy w Srebrenicy, gdzie po cichu wspierane przez Milosevica separatystyczne serbskie oddziały wymordowały 8000 ludzi. Przypomina mi się dziarska kampania przeciwko UCK w 1999 roku, podczas której wojsko Jugosławii, dobrym średniowiecznym zwyczajem, zatruwało studnie trupami mieszkających opodal albańskich wieśniaków. Pamiętam alarmujące wieści, że w wyniku działań wojsk federalnych i wesołych oddziałów "serbskich pariotów" - "tygrysów" Arkana, różnorakich "białych orłów" i "zielonych beretów" zaginęło prawie milion ludzi.
I chcę wtedy powiedzieć - Serbowie nie są niewinni. W długiej perspektywie dziejowej dzisiejsza niepodległość Kosowa jest elementem sporu trwającego od 400 mniej więcej lat. W krótszej jest wynikem absurdalnej, szowinistycznej i zbrodniczej polityki serbskich władz w latach dziewięćdziesiątych.
Pamiętam także inne rzeczy - pamiętam podjętą z całkowitym lekceważeniem prawa międzynarodowego decyzję NATO o bombardowaniu Serbii. Decyzję, która postawiła sekretarza generalnego ONZ Kofi Anana w wyjątkowo trudnej sytuacji. Pamiętam kilka tysięcy niewinnych ofiar tego bombardowania - w CNN pokazywanego jako przykład "czystych", "chirurgicznych" uderzeń. Pamiętam jak z czasem ten przerażający "milion zaginionych" w Kosowie topniał w oczach - do kilku tysięcy zamordowanych.
Tym mocniej podkreślę - Serbowie sami są sobie winni. To co robili w latach dziewięćdzięsiątych spowodowało, że świat odwrócił się do nich plecami. Że potrafił uwierzyć że są zdolni do każdej zbrodni (w końcu w Srebrenicy dokonali największego ludobójstwa w Europie od czasów zakończenia II wojny światowej), usprawiedliwić lekceważenie przez USA prawa międzynarodowego. Wszystko po to, żeby nie powtórzyła się Srebrenica.
I tak samo będzie teraz, choć obecny serbski rząd nie ponosi bezpośredniej odpowiedzialności za tamte zbrodnie. Dzisiejsza niepodległość Kosowa w prostej linii wynika ze zmian przeprowadzonych w serbskiej konstytucji w marcu 1989 roku, z odebrania autonomii Kosowu i Wojwodinie. Te zmiany otworzyły puszkę Pandory, prowadząc do rozpadu Jugosławii i późniejszego rozpadu Serbii. Oglądamy ostatnie paroksyzmy tego procesu.
Sen o "wielkiej Serbii" przekształcił się w koszmar przegranego, opuszczonego przez wszystkich kraju. Zdanego na złudne, egzotyczne sojusze oparte na XIX wiecznych religijno-etnicznych podstawach.
Gdy ktoś na wieść o ogłoszeniu niepodległości Kosowa wkleja obrazek ze zwycięskim Sobieskim gromiącym Turków pod Wiedniem, to chciałbym mu powiedzieć, że Albańczycy zadebiutowali w historii Kosowa jako obrońcy chrześcijaństwa. Sojusznicy Węgrów, występujący pod wodzą Skadenberga przeciw imperium Otomańskiemu w 1448 roku. Serbowie walczyli wtedy raczej po drugiej stronie barykady. Pjetër Bogdani - katolicki arcybiskup, prowadził Albańczyków do walki w latach 1683–1699 kiedy pomagali Austrii w odbijaniu Kosowa z tureckich rąk.
Powiedziałbym także, że "przedmurze chrześcijaństwa" to jeden z najnieszczęśliwszych pomysłów w polskiej historii. W prostej linii prowadzący do nieobecności Polski na mapach świata.
Gdy ktoś na wieść o ogłoszeniu niepodległości Kosowa mówi mi, że to nie jest państwo, że oni tam nie mają szans, bo jedyne co tam działa to albańska mafia, zajmująca się przemytem narkotyków i kobiet to burdeli zachodniej Europy, to mu powiem, że to rasistowskie, ksenofobiczne, napędzane strachem przed islamem gadanie.
Bo ja pamiętam podobne zdania wygłaszane o Bośni. Że to islamska ekspozytura zasilana pieniędzmi z Arabii Saudyjskiej, wypełniona terorystami i irańskim agentami. Wroga Europie i chrześcijaństwu.
W tym czasie dowódcą obrony Sarajewa był serbski generał Jovan Divjak, wśród najwyższych dowódców armii znajdowali się Chorwaci - generał Stjepan Šiber i pułkownik Blaž Kraljević.
Tak samo dzisiaj, ktoś kto mówi takie rzeczy o Kosowie, nie ma zielonego pojęcia o "równoległym państwie" stworzonym w Kosowie przez Albańczyków w latach dziewięćdziesiątych - porównywalnym chyba tylko jedynie z polskim państwem podziemnym z czasów II wojny światowej. Dali radę wtedy, dadzą z pomocą Stanów i Europy także teraz.
Gdy ktoś mi powie, że uznanie niepodległości Kosowa przez głównych graczy światowej polityki to jakiś absurdalny gest, spowodowany niechęcią do Serbów, albo gorzej, efekt wszechświatowej zmowy, mającej uczynić z Bałkanów wielką amerykańską bazę, to mu powiem, że nie zna historii i nie czyta gazet.
O historii to było trochę powyżej. Natomiast co do gazet (czyli tego, co tu i teraz) to trzeba wiedzieć, że ta decyzja wykluwała się miesiącami, w trakcie negocjacji prowadzonych ze stronami konfliktu przez wysłannika ONZ, byłego premiera Finlandii Martii Ahtisaari'ego. Ahtisaari ma duże doświadczenie - w przeszości obserwował rozbrojenie IRA, pracował w Tanzanii i Namibii, doprowadził liderów Ruchu Wolny Aceh do rezygnacji z pomysłu secesji tej prowincji z Indonezji. Po miesiącach pracy w Kosowie doszedł do wniosku, że suwerenność jest jedyną szansą regionu. Pisał, że Serbowie i Kosowarzy mają diametralnie i kategorycznie odmienne stanowiska. Jakiekolwiek możliwości porozumienia uległy wyczerpaniu. Nie ma powrotu do rządów Serbii.
To nie jest zdanie przedstawiciela rzadu USA. To oficjalny dokument ONZ, do obejrzenia tutaj.
Jak ktoś mi powie - mówisz, że bronisz poczty, a wspierasz de facto "Wielka Albanię", to mu powiem że flaga Kosowa wygląda tak:
I te gwiazdki (nie przez przypadek na niebieskim tle) mają oznaczać wszystkie grupy etniczne zamieszkujące Kosowo. Chwyt pod europejską publiczkę - być może - ale zawsze lepszy od pokrzykiwań ogolonych młodzieńców że tu jest Serbia... Rolą wspólnoty międzynarodowej jest by ta flaga nabrała znaczenia. Dla wszystkich mieszkańców regionu.
Jak ktoś mi powie, mówisz o tej "poczcie", ale czy to nie absurdalne, że w tym momencie bronisz powstania etnicznego państwa? To mu odpowiem - mam nadzieję, że to nie jest etniczne państwo. To zakończenie pewnego procesu historycznego. Swoją drogą ciekawe, że nie było takiego szumu gdy od Serbii w podobny sposób odpadała Czarnogóra.
Moja druga połowa wróciła wczoraj z międzynarodowej konferencji poświęconej nacjonalizmom w postkomunistycznych krajach naszego regionu. Konferencja miała miejsce w Tallinnie. Przywiozła mi z tej konferencji pudełko czekoladek "Kalev" i taką opowieść:
Na tej konferencji było dwóch uczestników - Serb Marko i Kosowar - jego imienia moja druga połowa nie pamięta niestety.
No i oni w zasadzie siedzieli razem, ktoś przyszedł i powiedział do tego Kosowara - "gratulacje, jesteście teraz niepodległym państwem".
Ten spojrzał się ironicznie - tak, jestem teraz niepodległy od Marko.
Polscy politycy mówią - "w związku z wydarzeniami w Serbii (podpalona ambasada amerykańska) powinniśmy się zastanowić czy nie działamy zbyt pochopnie.
Rzeczywistość jest taka - nie ma wydarzeń w Serbii. Przynajmniej takich, o jakich myślą polscy politycy. W czwartkowej demonstracji według zachodnich środków przekazu uczestniczyło 200 tysięcy ludzi. Serbowie liczą demonstrację na 500 tysięcy uczestników.
W zamieszkach uczestniczyło kilka setek ludzi. Reszta spokojnie modliła się w największej cerkwi Belgradu.
A łysi panowie, zanim podpalili amerykańską ambasadę, obrabowali kilka okolicznych sklepów - z salonami Nike i Adidasa na czele.
Więc tym, którzy zapowiadają wojnę powiem tak:
Wojny nie będzie. Po dzielnych pokrzykiwaniach serbskiej cerkwi i pomurkach rosyjskiego niedźwiedzia, mam nadzieję zapanuje cisza. Rolą wspólnoty międzynarodowej jest stworzenie dla Serbii nowego "planu Marshalla".
A w haśle "Kosowo to Serbia", jest tyle samo prawdy, co w "Wilno na wieki polskie". Dokładnie tyle samo.

















