Tuesday, April 7, 2009

Czapka bez pióra (bo pióro ukradli)

Z moim miastem to jest tak:

Potoki sobie szemrały wśród boru tysiącletniego, jarami do Wisły spływając, osady rosły tu i tam, zameczek drewniany w Jazdowie na skarpie górujący, w sadach owoce, w okolicach dzisiejszej hali Mirowskiej bydełko się wypasało...

to przyszli różni Rusini, Litwini i Tatarzy - osady spalili, sady podeptali, bydło zeżarli i poszli...

nic to - odbudowaliśmy...

Nowe miasto (dziś zwane Starym) i nowsze (zwane Nowym). Bona niejaka, królowa zresztą, książąt ostatnich otruwszy, warzywniaków nasadziła, drogi się wytyczyło, mury, kościoły pobudowało. Pałace, (jakoś tym królom w krakowskim mieszkaniu ciasno było i widok ze skarpy w Warszawie woleli) a jakże, również...

No to wymyślili, że tu trzeba elekcję urządzić. Wpierw w okolicach pana yayco, a potem po mojej stronie rzeki...

Najechało się luda, sady rozdeptali, drogi rozjechali, to bydło i kury co były, zeżarli - generalny bałagan i tak cięgiem koło dwustu lat. Nijak nie dało się nic ustalić, bo co bogatsi, to sobie na własność kawałki miasta pokupowali. A taki, pożal się, właściciel niedzielny, to ulicę do granicy swojej działki wytyczał, a reszta go nie obchodziła.

I kończyły się te ulice w krzakach.

A jak ktoś komuś cielesną powłokę w wyniku nieporozumienia towarzyskiego naruszył, to biegł trzy domy dalej i już był bezpieczny - bo niewidoczną granicę jurydyki przekroczył.

Jednym słowem Sodoma & Gomora pod płaszczykiem obywatelskiego obowiązku.

A potem taki jeden, w charakterze króla robiący emigrant zza morza, awanturę ze swoimi ziomkami uskutecznił, na poczet ówczesnego kodeksu pracy. Że to niby mu się równorzędna posada za morzem należy.

Więc przyjechała ichniejsza inspekcja pracy liczną delegacją. Ci to już zeżarli wszystko co się dało. A czego się nie dało zeżreć to wywieźli. A czego nie wywieźli to spalili.

Odbudowaliśmy.

To potem taki jeden, tym razem zza enerdowskiej granicy, najpierw chciał narodową pamiątkę w postaci kolumny koledze z Moskwy opchnąć. A jak się nie udało, to w poprzek miasta Oś sobie zbudował. Znaczy pałac, duży ogród w którym poważni, starożytni faceci w postaci kamiennych posągów się znajdowali, staw, kaczki i pawie. A na końcu mieszkanie dla wojska. Ot, tak na wszelki wypadek.

I latał ten enerdowiec po parku, kaczki i pawie straszył, podkowy łamał, a warszawski obywatel z Żoliborza, jak chciał rodzinę na Mokotowie odwiedzić, to się podmiejskimi sadami przemykać musiał.

A potem przyszli nieproszeni goście ze wschodu, kumple tego, któremu się kolumny wywieźć nie udało. Ci to już tak przychodzili i wychodzili, aż zostali na stałe.

Za każdym razem zżerając wszystko, a czego się nie dało zeżreć to wywożąc, a czego się nie dało wywieźć paląc.

Ale to nie było najgorsze - bo oni, jak juź osiedli na stałe, to sami budować zaczęli. Dzięki czemu w letnich miesiącach pewna reprezentacyjna ulica za plan filmu "Przygoda w Odessie" robić może bez charakteryzacji.

Jak już sobie wreszcie poszli, to zaraz ci z enerde z powrotem przyleźli. Co ci robili to ja już tu pisać nie będę, żeby grubem słowem, co się samo ciśnie na usta, czytelnika uszu i oczu nie urazić. A poza tym, to świeża historia, więc ją wszyscy znają.

A potem ci ze wschodu, co się kuchennymi drzwiami wepchali, jak enerdowcy główną klatką schodową uciekali, w środku miasta nam rakietę międzykontynentalną ucharakteryzowaną na wyrób cukierniczy postawili.

I tak w koło Macieju.

No więc z moim miastem to jest tak:

Co jakiś czas się zdarza, że wpadają do nas nieproszeni goście - meble poprzewracają, do zupy naplują i dywan ukradną. A potem rodzina z prowincji przyjeżdża na wywczasy.

I rodzina kręci nosem, że komoda kulawa, podłoga goła, a zupy nie ma.

Taki już nasz los.

Monday, March 30, 2009

Aleja Syrenki i Wyspa Królików (2)

Szybko odkryłem, że w moim budynku da się wyjść na dach. Trzeba tylko porzucić bezpieczną drogę i wzgardzić szybkobieżną windą, której w holu na parterze pilnują starsze panie w koszulkach "patrol obywatelski" (..."patrzymy żeby nikt nie pluł i nie śmiecił"...)

Zamiast tego należy zagłębić się w śmierdzącą czeluść klatki schodowej. Zgodnie z miejscowymi standardami pełni ona głównie rolę schodów przeciwpożarowych. Dlatego nie posiada okien. Chodzi o to, żeby w razie czego można było za pomocą ciężkich stalowych drzwi szybko odseparować studnię klatki schodowej od reszty budynku.

Klatka schodowa służy również jako miejsce schadzek, spokojna przystań, gdzie można bez obawy dać sobie w żyłę, wychodek.

Ściany pomalowane grubo olejną farbą na żółto - jajeczny kolor , na posadzce mniej lub bardziej poprzysychane plamy o różnej konsystencji, dziesiątki małych plastikowych pojemniczków, niewinnemu obserwatorowi przypominających starannie opróżnione z atramentu wkłady do wiecznego pióra.

Skacząc między tym wszystkim jak kozica, starając się równocześnie przypadkiem nie dotknąć lepkich ścian i nie oddychać zbyt głęboko, należy dotrzeć na sam szczyt. Następnie zaprzeć się na pordzewiałych drzwiach, aż ustąpią, trąc o śnieżobiałe kamyczki, którymi wysypana jest powierzchnia dachu.

Trzeba się przygotować na uderzenie jaskrawego światła i wibrującego, rozgrzanego powietrza.

To trochę taki skok do piekarnika.

Latem w Mieście jest gorąco i wilgotno. Tak gorąco i wilgotno, że biznesmeni w drogich garniturach, czekający na pociąg na nieklimatyzowanych stacjach, pocą się pozostając w całkowitym bezruchu. Tak gorąco i wilgotno, że ciężko jest wytrzeć się do sucha po wzięciu prysznica.

Więc lepiej na dach wychodzić wieczorem, gdy upał zelżeje. Dobrze jest na dachu zdjąć buty. Białe kamyczki oddają ciepło skumulowane przez cały dzień. Wieje lekki wietrzyk od oceanu. Od widoku kręci się w głowie.

W końcu budynek ma 22 piętra.

Na wprost patrzącego w ocean wrzyna się jęzor południowego krańca Wyspy Królików. Kolonia jednorodzinnych domków, tonących w zieleni, otoczonych wysokim na trzy metry parkanem i zasiekami z drutu kolczastego.

To zamknięte osiedle "Morska brama". Dzień i noc strzeżone przez strażników z długą bronią. Chronione przed domniemanym chaosem, który jakoby miałby zagrażać jego lokatorom ze strony mieszkańców reszty Wyspy.

Na prawo ujście rzeki, która kiedyś dawno temu, przez chwilę, nosiła nazwę która natychmiast kojarzy mi się z filatelistką. To właściwie jest ogromne estuarium. Ciężkie tankowce i transportowce majestatycznie wpływają wgłąb lądu, przepływają pod rozpiętym nad rzeką mostem, noszącym imię pewnego słynnego włoskiego żelgarza. Wyglądają pod nim jak zabawki.

Jeszcze dalej, w tle, sino majaczy właściwe Miasto. Nocą widać jak nieprzerwanie zmierzają w jego kierunku sznury drżących świetlistych punkcików. Tysiące samochodów pędzących po autostradzie zbudowanej wzdłuż brzegu rzeki. Gdzieś daleko na lewym brzegu plują ogniem w niebo rafinerie i zakłady chemiczne. Są noce gdy wygląda to jak jakiś miniaturowy Mordor czający się do skoku na Miasto.



Po lewej jest czysto i spokojnie. Ocean.

Za plecami otwiera się wnętrze Wyspy Królików. Jej kręgosłupem są dwie aleje - Syrenki i Neptuna. Z czego Aleja Syrenki jest słynniejsza. Opiewana w piosenkach. Okryta złą sławą.
Obie aleje docierają do stacji kolejki. Tą kolejką najłatwiej dostać się można do właściwego Miasta.

Ale jak z południowego krańca wyspy, spod kolczastej bramy osiedla "Morska brama" najszybciej dotrzeć na stację kolejki?

Najszybciej i najbezpieczniej to chyba jednak na piechotę. To dwudziestominutowy spacer. Co prawda jest miejski autobus, ale on nie jedzie w linii prostej, kreśli zawijasy po całej wyspie, zanim dotrze do stacji. W dodatku każdy wsiada i wysiada z niego gdzie chce. Wystarczy dzwonkiem dać znać kierowcy, zamachać czekając przy ulicy. Pasażerowie wsiadają tylko przodem, pokazując kierowcy bilety. A że wszyscy się znają, to mają zwykle sobie coś do powiedzenia. Ten autobus bardziej stoi niż jedzie.

Taksówki z korporacji mieszczących się w sercu właściwego Miasta boją się wjeżdżać na Wyspę Królików. Na wyspie powstała miejscowa, anarchiczna korporacja. Składa się z kierowców w turbanach, jeżdżących starymi, wielgachnymi, amerykańskimi samochodami. Czekają oni na klientów pod stacją kolejki, bądź zabierają ich na stację krążąć po ulicach wyspy, trąbiąc na przechodniów. Trzeba wsiąść do samochodu i grzecznie czekać, aż uzbierają się przynajmniej cztery osoby. Wtedy "taksówka" rozwozi klientów, od każdego inkasując opłatę. Te samochody trzymają się na drut i taśmę klejącą, a kierowcy nie do końca są mistrzami kierownicy. Co więcej często nie mają prawa jazdy i stosownych ubezpieczeń. Były przypadki gdy taki "taksówkarz" uciekał z miejsca wypadku zostawiając rozbity samochód i poranionych pasażerów.

Więc chyba lepiej na piechotę.

Zawsze dziwiła mnie nazwa Wyspy. Ten "królik" w nazwie jest mocno archaicznym królikiem. Takim bardziej cuniculusem niż królikem. Obco brzmiącym w tubylczym języku. A po holendersku taki królik zwie się Konijn.



(c.d.n.)

Friday, March 27, 2009

Aleja Syrenki i Wyspa Królików (1)

Tego lata mój stary załatwił mi mieszkanie.

Mieszkanie należało do znajomego znajomego. Od dawna stało puste.

Ów znajomy znajomego przyjechał do Miasta z małego miasteczka. Mieszkał samotnie, bojąc się otaczającego go wielkiego, obcego świata. Ciężko pracował, ciułał grosz do grosza i prawie wszystko wysyłał do domu. W jego miasteczku w tamtych czasach to jeszcze były ogromne pieniądze. Pewnego dnia znajomy znajomego podzielił los wielu rodaków. Spadł z rusztowania i złamał kręgosłup.

Sprytni prawnicy, jakich pełno podówczas było w gazetowych ogłoszeniach ( "miałeś wypadek - zgłoś się do nas!" ) załatwili mu koło stu tysięcy w ramach odszkodowania i znajomy znajomego wrócił do siebie, dożyć swych dni w miejscu, które nie napełniało go lękiem i tęsknotą.

A mnie dostało się jego mieszkanie...

Całe wypełnione smutnymi, zakurzonymi gratami. Sztucznymi kwiatkami, kiczowatymi okrętami, płynącymi po kiczowatych morzach do nowego świata, popsutą przedpotopową elektroniką i poprutymi misiami - przytulankami, które wyglądały jakby poniosły nagłą śmierć w jakiejś potyczce na dzikich polach. Rozniesione na szablach przez oszalałych kozaków.

Drugiego dnia nie wytrzymałem i zacząłem znosić te wszystkie przedmioty, niemych świadków beznadziei, do osiedlowego śmietnika.
Pierwszy wylądował w kuble popsuty telewizor. Wróciłem na górę po plastikową palemkę i płynące przez tekturowe morze okręty Kolumba.

W tym czasie o telewizor, pamiętający, podejrzewam, pierwsze lądowanie na księżycu, rozgorzała prawdziwa bitwa między bezdomnymi mieszkańcami Alei Syrenki.

Bardzo niedobrze. Nie powinienem zwracać na siebie uwagi. Co prawda sąsiadka z przeciwka miała naklejone na drzwiach że "Chrystus kocha nas wszystkich", ale zostałem ostrzeżony, że do zakresu chrześcijańskich powinności zalicza również regularne meldunki składane Miastu z tego co dzieje się w naszym budynku.

A Miastu mógłby się nie spodobać taki nie do końca legalny lokator. Bo Miasto sporo pieniędzy łożyło na wieżowce, w których mieszkaliśmy, eufemistycznie nazywane "projektami".

Szkoda by było takiego mieszkania - dwupoziomowe, z salonem i kuchnią na pierwszym poziomie i trzema sypialniami na drugim. Duże okna wychodzące na wschód i zachód - czyli na ocean z jednej i wpadającą do niego rzekę z drugiej strony... oraz błyszczące w oddali, za rzeką, właściwe Miasto...




Miejsce, przez które biegnie Aleja Syrenki nazywane jest Wyspą Królików. Kiedyś, dawno temu, to rzeczywiście była wyspa . Ale po wielkiej, bratobójczej wojnie jaka przetoczyła się przez kraj, mieszkańcy wyspy wpadli na prosty pomysł.
W ciągu kilku lat zasypali strumyki oddzielające ich od stałego lądu. A raczej od tego, co mogło im się stałym lądem wydawać, a jest kolejną, gigantyczną wyspą...

(c.d.n.)

Wednesday, January 21, 2009

Tamir

Tamir zadzwonił wczoraj wieczorem.
Że był na koncercie, koncert udany i teraz stoi na rogu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. I czy może przyjść. Z winem.

Tamira poznaliśmy zupełnie przypadkiem jakieś trzy miesiące temu. Do Warszawy przyjechał wtedy Jonatan Stańczyk, prowadzący razem z Juliano Mer-Khamisem teart w Jenin na Zachodnim Brzegu. Teart Dramatyczny zorganizował spotkanie z Jonatanem.

No i na to spotkanie zupenie przypadkiem przyszedł Tamir. To był jego pierwszy dzień w Warszawie. Szedł przez centrum miasta i nagle zobaczył wielki, dziwaczny budynek. Wieżowiec w stalinowskim stylu. Wszedł do środka żeby się zapytać co to za budynek i czy dzieje się w nim coś ciekawego. Okazało się, że to teatr, że co prawda dziś przedstawień nie ma, ale na drugim piętrze jest spotkanie.

Tak Tamir trafił na spotkanie z Jonatanem. Obejrzał co miał obejrzeć, posłuchał, a potem wstał i ze łzami w oczach powiedział, że to wszystko co opowiada Jonatan jest o nim. Że Warszawa to zaiste magiczne miasto, skoro tak zupełnie przypadkowo można trafić na kogoś kto zacznie opowiadać o twoim własnym życiu.

Tamir urodził się w Izraelu. Czterdzieści kilka lat temu. Potem wyjechał z rodzicami do Stanów. W wieku 19 lat, jako gorący syjonista wrócił do Erec Israel i trafił do armii. Była połowa lat osiemdziesiątych i IDF wysłał Tamira do Hebronu.

Pierwszego dnia, podczas patrolu, oddział Tamira zaczęły obrzucać kamieniami palestyńskie dzieci. Żołnierze dopadli jednego z gówniarzy w jakimś zaułku. Miał może z 10 lat. Dowódca zawołał Tamira i kazał mu uderzyć dzieciaka kolbą karabinu w głowę.

Tamir odpowiedział dowódcy żeby sam się walnął tą kolbą. Od słowa do słowa i wkrótce oniemiały dzieciak patrzył na tarzających się w hebrońskim kurzu, okładających się pięściami dwóch izraelskich żołnierzy.

Tamir trafił na kilka dni do paki. A z paki prosto na służbę wartowniczą. Odstał swoje, poczekał na kolegę, który miał go zluzować, a potem zaczął iść.

Szedł, otępiały, przez czarną noc Hebronu. Byle dalej od dowódcy, od oczu tego dzieciaka czekającego na cios kolbą. Samotny chłopak w mundurze Cahalu z M16 na plecach w labiryncie arabskiego Hebronu. Taki spacerek łatwo mógłby się skończyć tragicznie.

Szedł całą noc. Wyszedł za miasto. Zrobiło się jasno. Tamir zobaczył samotne wzgórze, a na nim trzysta owiec i jednego palestyńskiego wieśniaka.

Podszedł bliżej. Wieśniak przyjrzał mu się uważnie a potem pokazał na migi – “choć za mną”.

Zaprowadził go do beduińskiego szałasu. Tamir padł jak długi i zasnął.

Spał całą dobę. Gdy się obudził i wyszedł przed szałas, zobaczył wpartującą się w niego beduińską rodzinę. Dostał jeść. Beduini pokazali mu drogę do autobusu którym dojechał do Jerozolimy.

Nie da się uciekać bez końca. Tamir sam zgłosił się do IDF. Powiedział, że nie chce nosić broni. Znów trafił do paki. A potem na tyły. Do kuchni.

Tego dnia gdy popatrzył w oczy rzucającego kamieniami dzieciaka, gdy zawahał się przez jedną malutką chwilę czy uderzyć czy nie, skończyła się dla niego wojna.

Monday, February 25, 2008

Rzecz o poczcie

Jakoś mi dziwnie gdy słyszę rozlegające się w moim kraju gromkie pokrzykiwania - Kosowo to Serbia! Gdy docierają do mnie mrożące krew w żyłach opowieści o tym, jak to 90 procent mieszkańców małego kraju ukradło ten kraj 10 procentom swoich współmieszkańców.


Ale zacznijmy może od dykteryjki, która wyjaśni tytuł tej notki.

Podczas oblężenia Sarajewa, w połowie lat dziewięćdziesiątych, ktoś w nocy napisał sprayem na ścianie poczty głównej w Sarajewie - "Tu jest Serbia".
Kilka dni później napis został przekreślony i pojawił się nowy - "Tu jest poczta, głupcze."

Historia ta dała tytuł wydanej w 1995 roku książce Konstantego Geberta i dosyć dobrze określa mój osobisty stosunek do wojen na Bałkanach (i do wojen w ogóle).

Być zawsze, na tyle na ile się da, po stronie obrońców poczty.

Bałkany to jeden z tych rejonów świata, ciasnych, magicznych krain, gdzie wiele narodów, od wieków siedzi sobie nawzajem na głowie. Dawne bitwy przechodzą do legend. Budowane dla podkreślenia praw do ziemi pałace i świątynie z czasem stają się święte.

Mieszkańcy takich terenów potrafią przez lata siedzieć sobie na głowie nawzajem we względnym spokoju, ale wystarczy jedna iskra by ożyły dawne legendy. Wtedy, jak pisze Dubravka Ugresic "wkładają na głowy jakieś straszne czapy, przyklejają sobie przerażające brody, wywracają groźnie oczami, pokrywają swoje ciała wojennymi barwami, sięgają po drągi, widły, łuki i strzały (...) i zaczynają się z całych sił wydzierać."

A potem groby zarastają trawą, bitwy przechodzą do legendy, wznoszone zostają pomniki, świątynie i pałace. Zapada spokój. Do następnego razu.

Z mieszkańcami takich rejonów ciężko jest rozmawiać o historii. Bo historia jest tutaj wyjątkowo zagmatwana. Nic nie jest czarno- białe. Wszystko występuje w tysiącach odcieni i rozmówcy dobierają sobie z tego bogatego skarbca to co im pasuje.

Wie to każdy kto rozmawiał z Polakami i Ukraińcami o kresach, z Żydami i Arabami o Palestynie, z Serbami, Chorwatami, Albańczykami, Bośniakami o wojnie w Jugosławii, z Żydami i Polakami o wspólnej historii.

Wierzę, choć być może jest to wiara naiwna, że jedynym wyjściem z tego zaklętego koła jest generalne zanegowanie dyskursu na poziomie etnicznym. Obrona "poczty" miast obrony Polski, Serbii, Ukrainy czy Eretz Israel.

Do tego potrzebna jest pamięć i zrozumienie, że dzisiejsze wydarzenia są elementem długotrwałych procesów historycznych - często rozciągniętych na dziesiątki/setki lat. Że te procesy są wyjątkowo zagmatwane i nic nie jest tu czarno-białe.

Jak słyszę o niewinnych Serbach ograbianych z części swojej ziemi, to natychmiast przypomina mi się płaczący żołnierz ONZ w Sarajewie, pochylony nad dzieckiem zastrzelonym przez serbskiego snajpera. Przypomina mi się, jak prawie fizycznie odchorowałem bezsilność holenderskich żołnierzy w Srebrenicy, gdzie po cichu wspierane przez Milosevica separatystyczne serbskie oddziały wymordowały 8000 ludzi. Przypomina mi się dziarska kampania przeciwko UCK w 1999 roku, podczas której wojsko Jugosławii, dobrym średniowiecznym zwyczajem, zatruwało studnie trupami mieszkających opodal albańskich wieśniaków. Pamiętam alarmujące wieści, że w wyniku działań wojsk federalnych i wesołych oddziałów "serbskich pariotów" - "tygrysów" Arkana, różnorakich "białych orłów" i "zielonych beretów" zaginęło prawie milion ludzi.

I chcę wtedy powiedzieć - Serbowie nie są niewinni. W długiej perspektywie dziejowej dzisiejsza niepodległość Kosowa jest elementem sporu trwającego od 400 mniej więcej lat. W krótszej jest wynikem absurdalnej, szowinistycznej i zbrodniczej polityki serbskich władz w latach dziewięćdziesiątych.

Pamiętam także inne rzeczy - pamiętam podjętą z całkowitym lekceważeniem prawa międzynarodowego decyzję NATO o bombardowaniu Serbii. Decyzję, która postawiła sekretarza generalnego ONZ Kofi Anana w wyjątkowo trudnej sytuacji. Pamiętam kilka tysięcy niewinnych ofiar tego bombardowania - w CNN pokazywanego jako przykład "czystych", "chirurgicznych" uderzeń. Pamiętam jak z czasem ten przerażający "milion zaginionych" w Kosowie topniał w oczach - do kilku tysięcy zamordowanych.

Tym mocniej podkreślę - Serbowie sami są sobie winni. To co robili w latach dziewięćdzięsiątych spowodowało, że świat odwrócił się do nich plecami. Że potrafił uwierzyć że są zdolni do każdej zbrodni (w końcu w Srebrenicy dokonali największego ludobójstwa w Europie od czasów zakończenia II wojny światowej), usprawiedliwić lekceważenie przez USA prawa międzynarodowego. Wszystko po to, żeby nie powtórzyła się Srebrenica.

I tak samo będzie teraz, choć obecny serbski rząd nie ponosi bezpośredniej odpowiedzialności za tamte zbrodnie. Dzisiejsza niepodległość Kosowa w prostej linii wynika ze zmian przeprowadzonych w serbskiej konstytucji w marcu 1989 roku, z odebrania autonomii Kosowu i Wojwodinie. Te zmiany otworzyły puszkę Pandory, prowadząc do rozpadu Jugosławii i późniejszego rozpadu Serbii. Oglądamy ostatnie paroksyzmy tego procesu.

Sen o "wielkiej Serbii" przekształcił się w koszmar przegranego, opuszczonego przez wszystkich kraju. Zdanego na złudne, egzotyczne sojusze oparte na XIX wiecznych religijno-etnicznych podstawach.

Gdy ktoś na wieść o ogłoszeniu niepodległości Kosowa wkleja obrazek ze zwycięskim Sobieskim gromiącym Turków pod Wiedniem, to chciałbym mu powiedzieć, że Albańczycy zadebiutowali w historii Kosowa jako obrońcy chrześcijaństwa. Sojusznicy Węgrów, występujący pod wodzą Skadenberga przeciw imperium Otomańskiemu w 1448 roku. Serbowie walczyli wtedy raczej po drugiej stronie barykady. Pjetër Bogdani - katolicki arcybiskup, prowadził Albańczyków do walki w latach 1683–1699 kiedy pomagali Austrii w odbijaniu Kosowa z tureckich rąk.

Powiedziałbym także, że "przedmurze chrześcijaństwa" to jeden z najnieszczęśliwszych pomysłów w polskiej historii. W prostej linii prowadzący do nieobecności Polski na mapach świata.

Gdy ktoś na wieść o ogłoszeniu niepodległości Kosowa mówi mi, że to nie jest państwo, że oni tam nie mają szans, bo jedyne co tam działa to albańska mafia, zajmująca się przemytem narkotyków i kobiet to burdeli zachodniej Europy, to mu powiem, że to rasistowskie, ksenofobiczne, napędzane strachem przed islamem gadanie.

Bo ja pamiętam podobne zdania wygłaszane o Bośni. Że to islamska ekspozytura zasilana pieniędzmi z Arabii Saudyjskiej, wypełniona terorystami i irańskim agentami. Wroga Europie i chrześcijaństwu.

W tym czasie dowódcą obrony Sarajewa był serbski generał Jovan Divjak, wśród najwyższych dowódców armii znajdowali się Chorwaci - generał Stjepan Šiber i pułkownik Blaž Kraljević.

Tak samo dzisiaj, ktoś kto mówi takie rzeczy o Kosowie, nie ma zielonego pojęcia o "równoległym państwie" stworzonym w Kosowie przez Albańczyków w latach dziewięćdziesiątych - porównywalnym chyba tylko jedynie z polskim państwem podziemnym z czasów II wojny światowej. Dali radę wtedy, dadzą z pomocą Stanów i Europy także teraz.

Gdy ktoś mi powie, że uznanie niepodległości Kosowa przez głównych graczy światowej polityki to jakiś absurdalny gest, spowodowany niechęcią do Serbów, albo gorzej, efekt wszechświatowej zmowy, mającej uczynić z Bałkanów wielką amerykańską bazę, to mu powiem, że nie zna historii i nie czyta gazet.

O historii to było trochę powyżej. Natomiast co do gazet (czyli tego, co tu i teraz) to trzeba wiedzieć, że ta decyzja wykluwała się miesiącami, w trakcie negocjacji prowadzonych ze stronami konfliktu przez wysłannika ONZ, byłego premiera Finlandii Martii Ahtisaari'ego. Ahtisaari ma duże doświadczenie - w przeszości obserwował rozbrojenie IRA, pracował w Tanzanii i Namibii, doprowadził liderów Ruchu Wolny Aceh do rezygnacji z pomysłu secesji tej prowincji z Indonezji. Po miesiącach pracy w Kosowie doszedł do wniosku, że suwerenność jest jedyną szansą regionu. Pisał, że Serbowie i Kosowarzy mają diametralnie i kategorycznie odmienne stanowiska. Jakiekolwiek możliwości porozumienia uległy wyczerpaniu. Nie ma powrotu do rządów Serbii.

To nie jest zdanie przedstawiciela rzadu USA. To oficjalny dokument ONZ, do obejrzenia tutaj.


Jak ktoś mi powie - mówisz, że bronisz poczty, a wspierasz de facto "Wielka Albanię", to mu powiem że flaga Kosowa wygląda tak:



I te gwiazdki (nie przez przypadek na niebieskim tle) mają oznaczać wszystkie grupy etniczne zamieszkujące Kosowo. Chwyt pod europejską publiczkę - być może - ale zawsze lepszy od pokrzykiwań ogolonych młodzieńców że tu jest Serbia... Rolą wspólnoty międzynarodowej jest by ta flaga nabrała znaczenia. Dla wszystkich mieszkańców regionu.

Jak ktoś mi powie, mówisz o tej "poczcie", ale czy to nie absurdalne, że w tym momencie bronisz powstania etnicznego państwa? To mu odpowiem - mam nadzieję, że to nie jest etniczne państwo. To zakończenie pewnego procesu historycznego. Swoją drogą ciekawe, że nie było takiego szumu gdy od Serbii w podobny sposób odpadała Czarnogóra.

Moja druga połowa wróciła wczoraj z międzynarodowej konferencji poświęconej nacjonalizmom w postkomunistycznych krajach naszego regionu. Konferencja miała miejsce w Tallinnie. Przywiozła mi z tej konferencji pudełko czekoladek "Kalev" i taką opowieść:

Na tej konferencji było dwóch uczestników - Serb Marko i Kosowar - jego imienia moja druga połowa nie pamięta niestety.

No i oni w zasadzie siedzieli razem, ktoś przyszedł i powiedział do tego Kosowara - "gratulacje, jesteście teraz niepodległym państwem".

Ten spojrzał się ironicznie - tak, jestem teraz niepodległy od Marko.

Polscy politycy mówią - "w związku z wydarzeniami w Serbii (podpalona ambasada amerykańska) powinniśmy się zastanowić czy nie działamy zbyt pochopnie.

Rzeczywistość jest taka - nie ma wydarzeń w Serbii. Przynajmniej takich, o jakich myślą polscy politycy. W czwartkowej demonstracji według zachodnich środków przekazu uczestniczyło 200 tysięcy ludzi. Serbowie liczą demonstrację na 500 tysięcy uczestników.

W zamieszkach uczestniczyło kilka setek ludzi. Reszta spokojnie modliła się w największej cerkwi Belgradu.

A łysi panowie, zanim podpalili amerykańską ambasadę, obrabowali kilka okolicznych sklepów - z salonami Nike i Adidasa na czele.

Więc tym, którzy zapowiadają wojnę powiem tak:

Wojny nie będzie. Po dzielnych pokrzykiwaniach serbskiej cerkwi i pomurkach rosyjskiego niedźwiedzia, mam nadzieję zapanuje cisza. Rolą wspólnoty międzynarodowej jest stworzenie dla Serbii nowego "planu Marshalla".

A w haśle "Kosowo to Serbia", jest tyle samo prawdy, co w "Wilno na wieki polskie". Dokładnie tyle samo.

Tuesday, May 15, 2007

Pałac władzy z perspektywy namiotu.

Miałem już dość prasowych analiz, newsów z TVN 24 i wojen toczonych na internetowych forach. Postanowiłem sam doświadczyć właśnie rozgrywającej się historii. Wziąłem pieska na spacer i po drodze, a nie mam daleko, jakieś piętnaście minut spacerkiem, zahaczyłem o pielęgniarskie miasteczko namiotowe.

A pogoda była dziś piękna. Po 16 upał nieco zelżał. Lekki wiatr kołysał drzewami w Łazienkach i na Bagateli – małej, zwykle spokojnej uliczce prowadzącej od Placu Unii Lubelskiej do Łazienek, prosto pod pomnik Piłsudskiego. Dziś Bagatela była czarno – niebieska. Dziesiątki poparkowanych gdzie się da policyjnych samochodów. Policjanci, proste chłopaki w porozciąganych, czarnych podkoszulkach, wyraźnie znudzeni. W jednym miejscu liczył się jakiś pododdział. Kowalski – grzmi dowódca – naprzeciw niego dwuszereg w niezbyt regulaminowym stanie – upał nie pozwala… Idę, już idę – funkcjonariusz Kowalski odpowiada z krzaków. Puste, plastikowe butelki po wodzie, w jednym z samochodów oficer stuka rysikiem w palmtopa.

Po drugiej stronie Alej Ujazdowskich jest biało od pielęgniarskich czepków. Na trawniku wzdłuż parkanu Łazienek, na całej długości, porozstawiane namioty. Podobno jest ich ponad 130. Rzeczywiście wygląda, że jest ich sporo. Podobno zawsze jest tu bardzo głośno. Ale nie teraz – może to upał zmógł protestujących, może jest coś na kształt przerwy obiadowej. „Dziewczyny – pomidory” – słyszę – „trzeba uzupełnić zapasy potasu!” To nie tylko pielęgniarki, raczej całe szpitalne załogi – bo jest tu także wielu mężczyzn – kierowców karetek, pielęgniarzy, lekarzy. Leżą w cieniu na karimatach, rozmawiają, przechadzają się powoli wzdłuż parkowego parkanu. Ktoś wysyła sms-y, ktoś z plastikowego talerzyka je grochówkę. Toczy się cicha wojna między protestującymi a robotnikami rozwieszającymi na ogrodzeniu Łazienek zdjęcia kolejnej fotograficznej wystawy. „Proszę nie ruszać tego transparentu” „On jest nasz”... Płot Łazienek zawieszony jest płachtami prześcieradeł z wymalowanymi nazwami uczestniczących w proteście szpitali.

Przechadzam się powoli, piesek węszy, podbiega do siedzących przed namiotami. To mały, z lekka jamnikowaty kundelek. Wesoły i wszystkiego ciekawy. Potrafi błyskawicznie przełamać lody. A ja dzięki temu mogę pogadać.

Nie ma tu napięcia między pielęgniarkami a policjantami. Przysiadają się, rozmawiają z protestującymi. W powietrzu wyczuć można specyficzną energię powstałą z mieszanki desperacji i wyzwolonej społecznej aktywności.

Po drugiej stronie ulicy siedziba premiera – wielki budynek, wzniesiony na początku dwudziestego wieku na potrzeby rosyjskiego Korpusu Kadetów. Oddzielony od protestujących kordonem policji i rzędami barierek.

Z perspektywy rozłożonego pod parkowym ogrodzeniem namiotu ten gmach wygląda absurdalnie. Stalowo-betonowy pancernik z odzianą na czarno załogą na przeciw szumiących na lekkim letnim wietrze drzew, rozdawanych z plastikowej torebki dojrzałych pomidorów, wyblakłych okładek starych książek rozłożonych na murku przez jakiegoś upadłego bukinistę. Gdzieś tam w środku pracują podobno zagłuszarki, uniemożliwiające kontakt telefoniczny czterem zamkniętym w siedzibie premiera pielęgniarkom z koleżankami na zewnątrz.

Przypominają mi się smaczne dykteryjki, opowiedziane w jednym z esejów przez Amosa Oza, mówiące o naiwnym egalitaryzmie pierwszych przywódców Izraela. O premierze Dawidzie Ben Gurionie, z uporem wpisującym do wszelkich dokumentów jako zawód – „robotnik rolny”. O najdłużej sprawującym swój urząd prezydencie kraju – Icchaku Ben Cwi, który mieszkał w zwykłym bloku i miał zwyczaj zastępować na dwie godziny dziennie posterunkowego w budce wartowniczej przed rezydencją rządową.

Wątpię, czy pielęgniarki mają jakieś konstruktywne pomysły, które mogą w szybki sposób doprowadzić do rozwiązania ich problemów. Ale myślę, że cechą każdego prawdziwego przywódcy jest umiejętność prowadzenia dialogu, wykonywania gestów symbolicznych, nawet nie do końca zgodnych ze sztywno postrzeganym prawem, umiejętność nawiązania kontaktu ze społeczeństwem.

Z perspektywy pielęgniarskiego namiotu działania wykonywane ostatnio przez premiera – zawiadomienia składane na prokuraturze, oskarżenia o polityczne inspiracje, dobieranie sobie rozmówców, poniżanie protestujących, to działania indolentne, małostkowe i po prostu po ludzku głupie.

Sunday, May 6, 2007

Allenby 30



Allenby to jedna z głównych ulic Tel Awiwu. To tu, pod numerem 94, znajduje się słynna polska księgarnia, tu w obskurnym hoteliku Victoria, gdy nie miał pieniędzy, nocował "na słowo honoru" Marek Hłasko.

Allenby nie jest tak kolorowa jak usiany butikami Sheinkin, jest bardziej hałaśliwa od aleji Rothschilda. To ulica rosyjskich sklepików z pirackimi kompaktami i komediami ze złotych czasów Związku Radzieckiego, punktów z tanią elektroniką i ubraniami. Ulica sprzedawców książek układających swój towar na stertach, bez półek. Tom na tomie - wieże z książek proszące się o nagłą, malowniczą katastrofę. Dumna, wielkomiejska aleja ocieniona starymi akacjami.

Przed dziewiątą Allenby zapchana jest samochodami, niebieskimi, miejskimi autobusami, lawirującymi w ulicznym ruchu skuterami. Przy ruinach teatru Mograbi, w drodze na północ miasta, ta cała rozpędzona lawina wlewa się w prowadzącą aż do telawiwskiego portu aleję Ben Yehuda. Allenby gwałtownie skręca, zmienia się w prowincjonalną, spokojną uliczkę z widokiem na Morze Śródziemne.

Pod numerem Allenby 30, w zakładzie fotograficznym Pri-Or , zaraz za zakrętem, Miriam Weissenstein pochyla się nad starymi zdjęciami.

Ma na nich dwadzieścia sześć lat, opalone ciało pręży w akrobatycznych figurach. Miriam na tle białego od upału letniego nieba uśmiecha się radośnie, w tle półpustynny krajobraz, cyprysy, pudełkowaty dom. Ciężko uwierzyć, że to 1942 rok, rok konferencji w Wannsee, rok budowy ośrodków zagłady - Treblinki, Sobiboru, Bełżca.

Dziś, mimo zaawansowanego wieku Miriam wciąż jest pełna energii. "To dzięki temu, że byłam gimnastyczką" - mawia z dumą, krążąc po najsłynniejszym zakładzie fotograficznym miasta. Zdjęcia robił jej mąż - Rudi Weissenstein. Przyjechali do Palestyny z Czech w 1936 roku. Rudi stał się znanym reporterem i fotografem, kronikarzem powstania państwa Izrael.




Do swojej śmierci w 1992 roku Rudi Weissenstein wykonał ponad ćwierć miliona zdjęć. Ze starych fotografii uśmiechają się angielscy oficerowie, tłumy gromadzą się pod Tel Awiwskim ratuszem po śmierci pierwszego burmistrza miasta Meira Diezengoffa. Do brzegów przybijają statki z emigrantami z Polski, młode, uzbrojone dziewczyny w chustkach na głowach strzegą kibuców, gimnazjaliści koszą zboże, dumnie prezentują się pracownicy mleczarni "Tnuva".

W 1936 roku przypłynęli statkiem. Jak tysiące imigrantów przed nimi wysiedli w Jaffie - pamiętającym bibilijne czasy porcie, z którego wypłynąć miał na spotkanie z wielorybem prorok Jonasz, do którego nabrzeża przybijały okręty z libańskimi cedrami na świątynię Salomona.

Labirynty wąskich uliczek. Wrzynająca się w morze skała na której zawieszone jest miasto zwieńczone pióropuszami palm, kopułami kościołów i wieżami minaretów. Jakież wrażenie musiała zrobić zamieszkała w większości przez Arabów, orientalna Jaffa na przybyszach ze złotej Pragi?

Wysiedli pod uwiecznioną w imigranckich piosenkach starą wieżą zegarową, tę samą, którą jako pierwszy znak nowej ziemi zobaczył trzydzieści lat wcześniej pewien przybysz z Płońska - David Ben-Gurion - przyszły pierwszy premier Izraela.




W tym czasie na północ od Jaffy powstawało nowe miasto - Tel Awiw. Początkowo budowane osiedla miały być alternatywą dla zbyt drogiej dla przybyszy Jaffy. Pierwsze, pod koniec XIX wieku, powstały poprzecinane wąskimi uliczkami skupiska malowniczych, małych domków o czerwonych dachówkach - Neve Tzedek, Neve Shalom, zamieszkała głównie przez Żydów z Jemenu Kerem Hatemanim - "Winnica Jemeńczyków". W 1908 roku towarzystwo budowlane Ahuzat Bayit kupiło rozległe tereny na północ od Jaffy, dwa lata później przyjęta została wspólna nazwa dla powstających osiedli - Tel Awiw. Ceny mieszkań w Jaffie i ciągłe konflikty z arabską ludnością skutecznie zachęcały żydowskich imigrantów do osiedlania się w Tel Awiwie.

Na dziesięć lat przed przyjazdem Weissensteinów przyjęty został plan zabudowy stworzony przez słynnego szkockiego biologa, a zarazem architekta-wizjonera Patricka Geddesa. Rozpoczęła się budowa "Białego miasta", miasta marzenia, powstałego z wyjątkowego amalgamatu tęsknoty za uporządkowanym, spokojnym, mieszczańskim światem Europy Środkowej i syjonistycznego, socjalistycznego entuzjazmu, wiary w bezpieczną, lepszą przyszłość.

W Niemczech w 1933 roku Naziści zamknęli szkołę Bauhausu. W Jaffie, pod zegarową wieżą lądowali znakomici, wykształceni przez Bauhaus architekci. Dla nich Tel Awiw był fascynującym wyzwaniem, czystą kartą, miastem bez właściwości, któremu mieli nadać charakter.




Zaadoptowali europejski Bauhaus do nowych, orientalnych warunków. Budowali estetyczne, tanie, funkcjonalne, wielopiętrowe domy o płaskich dachach. Nieduże okna i odbijające światło wielkie, białe powierzchnie ścian miały chronić przed nieznośnym, letnim upałem. Długie, narożne, ocienione balkony zapewniały dopływ świeżego powietrza. Do 1950 roku wzniesiono ponad 4000 takich budynków, tworzących unikalny kompleks architektoniczny. W 2003 roku Tel Awiwskie "Białe miasto" zostało wpisane przez UNESCO na listę światowego dziedzictwa kulturowego.

Do Weissensteinów szybko uśmiechnęło się szczęście. Kilka miesięcy po ich przyjeździe polski wirtuoz skrzypiec Bronisław Huberman zebrał żydowskich muzyków osiedlających się w Tel Awiwie i stworzył orkiestrę symfoniczną. Pierwszym oficjalnym występ orkiestry, którym dyrygował sam Arturo Toscanini, prawie skończył się katastrofą. Oficjalny fotograf używał lampy błyskowej, która rozpraszała muzyków i doprowadziła Toscaniniego do furii. Występ został przerwany, z najwyższym trudem udało się załagodzić gniew dyrygenta. Nikomu nieznany Weissenstein, małym, reporterskim aparatem uwiecznił to wydarzenie. Seria świetnych portretów Hubermana i Toscaniniego otworzyła mu drzwi do kariery.

Miriam w zanurzonym w lekkim półmroku zakładzie na Allenby 30 z dumą pokazuje fotografie męża. Był wszędzie - wśród imigrantów pod Bramą Syjonu w Tel Awiwskim porcie, między budowniczymi "Białego miasta", w powstających kibucach, na rautach izraelskiej elity, w sali ówczesnego tel-awiwskiego muzeum sztuki w momencie gdy Ben-Gurion ogłaszał powstanie państwa Izrael.

Z czasem zdjęcie wykonane przez Rudiego Weissensteina stało się jednym z symboli społecznego i politycznego awansu. Na fotografiach aktorka Hana Rovina w swoim mieszkaniu na ulicy Gordon w Tel Avivie uśmiecha się tajemniczo, zadumany Martin Buber czyta książkę. Pozują w mundurach młodzi wojskowi - Icchak Rabin i Ariel Sharon. Marc Chagal wskazuje coś palcem, obok leży zdjęcie młodziutkiego Leonarda Bernsteina.




Zakład Pri-Or jest wciąż czynny. Zdjęcie do legitymacji (cztery kopie) kosztuje dwadzieścia szekli i jest gotowe w pół godziny. Dziewięćdziesięcioczteroletnia Miriam Weissenstein pracuje z jedną pomonicą, emigrantką z Indonezji. Stosunki między obu paniami wydają się być napięte. Miriam opiekuje się spuścizną męża. Właśnie wybiera zdjęcia na przekrojową wystawę, która za dwa miesiące zostanie otwarta w Nowym Jorku.

Wyraźnie czuje się samotna, z otwartymi ramionami wita gości przekraczających próg pracowni wypełnionej zdjęciami i starym sprzętem fotograficznym. Celebruje każdą czynność. Z namaszczeniem podpisuje dla mnie album z fotografiami męża. Od kiedy dowiedziała się, że jestem z Polski mówi do mnie po czesku.

Na sztalugach przy wejściu ustawione jest wielkie zdjęcie ulicy Allenby z lat pięćdziesiątych. Beczułkowaty autobus wyjeżdża z poprzecznej ulicy, piesi śpieszą do swoich zajęć, sprzedawcy rozpinają markizy nad wystawami sklepów.

Za drzwiami Pri-Or, w ostrym słońcu południa tętni życiem współczesny Tel Awiw. Wokół białego miasta wyrosły wieżowce mieszczące banki, apartamenty, siedziny wielkich firm. W oknach luksusowych hoteli ustawionych wzdłuż szerokiej, piaszczystej plaży, odbija się Morze Śródziemne. Rodziny z dziećmi spacerują nadmorskim bulwarem, od wypełnionej jachtami mariny na północy miasta, po oświeloną zielonym światłem minaretów Jaffę. W kawiarni Bialik, blisko rogu Allenby i wypełnionego modnymi butikami Sheinkinu, zbierają się stali bywalcy, zamawiają kawę, piwo Gold Star bądź Maccabi. Kelnerki, każda z obowiązkowym kolczykiem w nosie, uwijają się wśród klientów. Ulicami sunie nieprzerwany sznur aut.

Na początku XX wieku Nahum Sokolow przetłumaczył na hebrajski słynną literacką utopię "Altneuland" (Stary-nowy kraj) napisaną przez duchowego ojca syjonizmu Theodora Herzla. Hebrajskiemu tłumaczeniu nadał tytuł "Tel-Aviv". "Tel" to w archeologicznej nomenklaturze wzgórze kryjące ruiny starożytnego miasta. "Aviv" to po hebrajsku wiosna.

To miasto jest pełne sprzeczności. Otwarte i kosmopolityczne, zarazem w dziwny sposób prowincjonalne. Tęskniące za Europą i coraz bardziej bliskowschodnie. "Białe miasto" z syjonistycznego snu fotografowanego przez Weissensteina i zarazem scena krwawego palestyńsko - izraelskiego konfliktu.

- A teraz jesteś jeszcze mi coś winny - mówi pani Weissenstein i odkłada na bok album z dedykacją.
- Tak? - pytam się zdziwiony - Co?
- Całusa - odpowiada 94 letnia Miriam Weissenstein i uśmiecha się figlarnie.