Friday, October 23, 2009

Archie

Archie został uratowany kiedyś przed wiecznym snem.

Schronisko było przepełnione. Zbliżała się mroźna zima a część psich pensjonariuszy wciąż mieszkała pod chmurką. Na ogrodzonym siatką terenie. Psy stare i młode, małe i duże, wśród nich kilkumiesięczne szczeniaki.

Pracownicy schroniska bali się że jak tak dalej pójdzie i temperatury zejdą do 20 stopni poniżej zera, te najmłodsze i najsłabsze nie będą miały szansy przeżyć.

Wymyślili więc akcję "uratuj ją/jego przed wiecznym snem".

No i Archie został uratowany.

Ciężki, z lekka niezgrabny szczeniak o wielkim łbie i grubych łapach. Widać było, że będzie z niego kawał psa. I rzeczywiście - później jego pan mawiał, że Archie przypomina mu takie psy bojowe z rzymskich malowideł.

Ale to było później. Póki co Archie był szczeniakiem i objawiał iście szczurze zainteresowania. To znaczy lubił gryźć kable. Najlepiej podłączone do prądu. Pierwszej nocy pana Archiego obudziło jakieś takie dziwne ciamkanie. Zapalił światło i zobaczył psa wgryzającego się w kabel od telewizora. Podobno takie kable są słodkie.

Pan pomyślał, że już drugi raz w ciągu tygodnia uratował swego psa przed wiecznym snem.

Mijał czas. Archie rósł. Wkrótce można było urządzać safari. Safari zwykle odbywało się w weekendy. Pan i zaproszeni przez Pana goście wsiadali do starego Land Rovera i rozpoczynali przejażdżkę po ogrodzie. Po ogrodzie biegał lew, czyli Archie. Jak się lew oparł przednimi łapami o drzwi samochodu, by polizać Pana przez szybę wielgachnym, szorstkim jęzorem, to udawało mu się nieznacznie terenówkę rozkołysać.

Co lubił Archie?

Ze wszystkich rzeczy na świecie Archie lubił najbardziej leżeć na słońcu. Spod zmrużonych powiek przyglądać się przelatującemu motylkowi, trawie, spadającym z drzew późną jesienią liściom.

Lubił przynosić Panu patyki. Choć właściwie nie. Lubił przynosić panu kije i konary drzew, które w jego pysku wyglądały jak patyki.

Lubił wkładać gościom Pana łeb między nogi, domagając się pieszczot. Taki, nieostrzeżony gość, mógł się łatwo wywrócić tryknięty przez ogrodowego lwa, więc pan nie lubił gdy Archie był natarczywy. A jako nieuleczalny pieszczoch był natarczywy często...

Głaskany Archie zaczynał warczeć. I znowu, nieostrzeżony gość mógł się łatwo przerazić. Niepotrzebnie. Ten głuchy odgłos wydobywający się z psiego cielska był oznaką przyjemności i przyjaźni.

Archie szczekał rzadko i, o ile Pan wie, nikogo nigdy nie ugryzł.

Kiedyś na Archiego z wiejskiego zabudowania wyskoczył wielgachny wilczur.

Nastroszona, pełna zębów, włochata kula odbiła się od Archiego jak od ściany. Ogrodowy lew przebiegł się w tę i nazad łapami po przeciwniku i było po walce. Wilczur uciekł z podkulonym ogonem.

Archie nie za bardzo lubił dzieci. Nie do końca rozumiał ich zachowanie, gwałtowne ruchy i krzykliwość. Ale nie był agresywny. Po prostu z godnością oddalał się w jakieś spokojniejsze miejsce.

Archie lubił jabłka. Jak Pan gdzieś w ogrodzie jadł jabłko Archie natychmiast był obok i patrzył się na Pana wielkimi, lwimi oczami.

Czas mijał. W tym miejscu opowieści Pan zwykle lubi wspomnieć o swojej wiekowej ciotce. Miała ona w małym, warszawskim mieszkanku prawdziwy XVIII- wieczny kredens. Holenderski. Kredens otwierał się takim wielkim kluczem. Ciotka trzymała w kredensie ciastka i staruteńkie, porcelanowe filiżanki.

Ulubiona maksyma ciotki brzmiała "Pamiętaj, taki nasz los, że meble nas przeżyją". Pan Archiego, zwykle nie mógł się powstrzymać, by z głupia frant nie przypomnieć ciotce w takich momentach o istnieniu mebli z Ikei.

Wiec czas mijał. A czas jest nieubłagany dla wielkich, ogrodowych lwów. Pan na kilka lat wyjechał robić karierę. Daleko, daleko za granicę. Archie nie byłby szczęśliwy tam gdzie był Pan. Pozostał z rodziną Pana, w swoim ogrodzie. Spod przymkniętych powiek patrzył na kolejne zachody słońca, na mokrym psim nosie czuł kolejne ciepłe wietrzyki oznajmujące nadchodzącą wiosnę, na gęste futro spadały mokre listki z jabłonek, oznaczające, że znów zbliża się jesień.

Pewnego dnia Pan wrócił. Było późne lato. Na powitanie przykuśtykał do niego stary ogrodowy lew, położył ciężką głowę na kolanach i spojrzał na swojego Pana, wielkimi, z lekka zamglonymi oczami.

Przeżyli razem jesień, zimę, przyszła wiosna.

Archie zaczął mieć poważne problemy z chodzeniem. Psy starają się nie okazywać bólu. Tak je skonstruowała matka natura. Trzeba spojrzeć psu w oczy - zobaczyć jak zwężają się źrenice, by zrozumieć, że wszystko jest nie tak, jak być powinno.

Pan przez tydzień chodził jak struty. Wreszcie, tuż przed weekendem, założył psu obrożę, wziął smycz i poszli. Powoli. Kilka ulic dalej. Do małego białego domku, który Archie znał z corocznych szczepień.

Weterynarz zbadał psa, wyprostował się, spojrzał Panu w oczy i powiedział - "To nie ma sensu"

Pan czuł się dziwnie. Jak aktor z jakiegoś kiczowatego filmu. Film się zaraz skończy, zapalą się światła, wyjdziemy z kina i wszystko będzie tak, jak być powinno.

Popatrzył w koło. Z lekka obtłuczona witrynka, w niej różnorakie specyfiki, fiolki i ampułki. Stalowy stół, biurko, na nim notatniki, długopisy, paczka jednorazowych, gumowych rękawiczek.

Na ścianie plakat zachwalający szczepienia, zimna podłoga, wykładana zielonym kafelkami.

"Nie tutaj, proszę..." - powiedział i poczuł jak rozpuszcza się dziwna gula, którą miał w gardle od kilku dni. Z oczu popłynęły łzy.

*

Cuda zwykle się nie zdarzają. Tym razem jednak zdarzył się cud.

Weterynarz został na chwilę z Archiem. Pan pobiegł po samochód. Ten sam stary, rozklekotany Land Rover. Złożyli tylne siedzenie i załadowali psa. Weterynarz wziął małą stalową skrzyneczkę, zamknął przychodnię i pojechali.

Pojechali na skarpę.

To takie miejsce ulubione przez Pana i Archiego. Na brzegu lasu. Skarpa. W dole wije się rzeka. Pan zawsze lubił widok na całą dolinę jaki się z tego miejsca rozciąga.
Archie lubił zapachy jakie przynosił na skarpę wiatr.

Poszli na długi, godzinny spacer. Archie przyzwyczaił się do Weterynarza. Nie było wokół obcych, ostrych zapachów lecznicy, więc przestał się bać. Wolno kuśtykał, trącał nosem młode, wiosenne trawki.

Potem wrócili do samochodu. Pan przytulił psa. Lekarz zrobił zastrzyk.

Będzie nam trudniej

Kilka lat temu, wraz z moją ówczesną narzeczoną, wsiedliśmy w pociąg z Warszawy do Łodzi i pojechaliśmy odwiedzić Marka Edelmana.

Chcieliśmy żeby udzielił nam krótkiego wywiadu. Przez telefon Edelman się zgodził.

Taksówka z Łodzi Kaliskiej wysadziła nas na osiedlu domków jednorodzinnych. Szary, z lekka nijaki, kilkupiętrowy "klocek polski". Skromne mieszkanko na parterze. Zawalone książkami, różnymi, przykurzonymi pamiątkami, makatkami. Ściany obwieszone zdjęciami i obrazami.

Zwykły stół, przykryty zwykłym obrusem. Za stołem niewielki staruszek w jakby za dużym swetrze. Pali papierosa za papierosem.

Edelman nie był łatwym człowiekiem. Szybko się irytował, nie liczył się z konwenansami. Nie miał cierpliwości by odpowiadać na pytania, które wydawały mu się błahe lub wręcz głupie.

Moja towarzyszka nie zwykła na co dzień tracić rezonu. Tym razem jednak onieśmielona, zaczęła, z lekka jąkając się, zawile tłumaczyć o co nam chodzi.
Edelman przerwał jej, wyraźnie zniecierpliwiony, ruchem ręki. "Dziecko, przestań kłapać, chcesz nagrywać, to nagrywaj".

Wywiad, jak wywiad. To był czas prezesa telewizji Farfała, budowy pomnika Dmowskiego w Warszawie, świeżo przebranych w dobre garnitury dzielnych młodzieńców, zamawiających pięć piw jednym ruchem ręki.

Edelman strasznie się tym martwił, mówił "nie spodziewałem się, że w wolnej Polsce odradzać się zacznie coś takiego..." Podkreślał jak istotne jest by pamiętać o historii, widzieć róźne dzisiejsze wydarzenia we właściwym kontekście.

Na koniec dodał, we właściwym sobie stylu: "no cóż, nie mam co gadać. Życie trzeba brać takimi, jakim jest."

Gdybym powiedział, że było miło, to bym skłamał. Przy zadawaniu każdego pytania zastanawiałem się czy Edelman wyrzuci nas drzwiami, czy oknem. Rozchmurzył się na chwilę po wywiadzie. Zainteresowała go kamera. Malutka, w ówczesnym czasie piekielnie droga kamera HDV z matrycą 3CCD. Oglądał ją z fascynacją małego chłopca.

Nie dowiedzieliśmy się niczego, czego nie dało by się przeczytać w licznych wywiadach, znaleźć w poświęconych Edelmanowi książkach. Ale dla mnie to było bardzo ważne spotkanie.

Zobaczyłem jak bardzo zwyczajnym człowiekiem jest jeden z najważniejszych autorytetów mojej młodości.
Zrozumiałem to, co mówili ludzie, którzy mieli okazję się z nim spotkać w getcie. Że przy Edelmanie czuli się bezpiecznie.

Zdałem sobie sprawę, że obdarzony jest niezwykłym darem - hipnotyczną wręcz charyzmą. Ludzie tak obdarowani zostają wodzami, głowami państw.

Edelman został kardiologiem.

*
Pan yaco napisał, że będzie nam trudniej. Zgadzam się całkowicie. I nie tylko z powodu niezakończonego wciąż "dialogu polsko-żydowskiego".

Często w kontekście Edelmana pada słowo "strażnik". Strażnik czego? Grobów? Nie sądzę.

Był strażnikiem pamięci o ludzkim wymiarze Powstania w getcie i wojny jako takiej w ogóle

Bez tego "ludzkiego wymiaru" łatwo jest zapomnieć, zamknąć niewyobrażalną tragedię mojego rodzinnego miasta w kilku komiksowych, bohaterskich obrazkach.

A takie komiksowe obrazki świetnie się nadają do różnych politycznych manipulacji.

Był strażnikiem zamordowanej tradycji przedwojennej, bundowskiej, niekomunistycznej lewicy.

Jeśli Edelman mówił - moimi idolami byli przed wojną ludzie z Schutzbundu, to chciałbym wiedzieć, kto dziś w Polsce, prócz kilku historyków rozumie o co chodzi...

A nam potrzebna jest odbudowa prawdziwej lewicy. I prawdziwej prawicy. Tak by w kraju pełnym różnych "Ryśków", miłośników mercedesów z firankami i politycznych koalicjantów gwałcicieli, ci, którzy są u władzy, choć trochę zaczęli na poważnie kierować się wartościami.
Niezależnie od tego czy są to wartości chrześcijańskie, czy tradycja rewolucji 1905 roku.

Edelman był żywym przykładem właśnie takiego poważnego traktowania wartości. Jego "bundowska formacja" widoczna była w całej drodze życiowej. W getcie. W szpitalu przy łóżkach chorych. W Solidarności lat 80.

Był strażnikiem sumienia.

W życiu osobistym dla przyjaciół, którzy przychodzli do niego po radę w ciężkich chwilach, w społecznym jako "swój inny", przedstawiciel nieistniejącej mniejszości, ten który potrafił ostro czasami mówić o tym co mu się nie podoba. Patrząc na kraj z nieco innej perspektywy niż statystyczny Polak - katolik.

*
Pan yayco napisał także, że "łatwiejsze będzie opowiadanie bajęd". I znowu się zgodzę. I znowu dodam, że nie tylko w kontekście "dialogu polsko - żydowskiego"...

Wczoraj wieczorem usłyszałem w TVN24 Piotra Kadlcika, przewodniczącego Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Polsce. Pan Kadlcik powiedział coś w stylu:

"Marek Edelman był Żydem, dumnym ze swej żydowskości. Twardo też wypowiadał się na temat terroryzmu palestyńskiego".
Pan Kadlicik pominął, że równie twardo Edelman wypowiadał się na temat syjonizmu. Że w Izraelu jest świadomie i z premedytacją zapomniany,

Różni będą różne bajędy wygadywać.

Będzie trudniej. Wszystkim. Polakom, polskim Żydom i Żydom w ogóle, niezależnie od tego gdzie mieszkają.

Bernard Kouchner - współzałożyciel organizacji charytatywnych Lekarze bez Granic i Lekarze Świata, obecny minister spraw zagranicznych Francji, wręczając rok temu Edelmanowi Legię Honorową powiedział:

Niczego w mojej krótkiej karierze politycznej nie zrobiłem ważniejszego. Ważniejszego człowieka dla mnie nie ma. Wielu chciałoby być do niego podobnych, przynajmniej ja chciałbym być do niego podobny

*
"no cóż, nie mam co gadać. Życie trzeba brać takimi, jakim jest."

Friday, July 3, 2009

Kleopatra

W zasadzie to ja miałem iść na polonistykę.

Ale chciałem czegoś bardziej konkretnego. Więc wybrałem archeologię. Jakże się myliłem! (Jeśli chodzi o to coś bardziej konkretnego - ale o tym innym razem).

W tych odległych czasach, gdy do BUW-u z mojego wydziału się szło przez tunel podziemny z zapiekankami , kefirem i drożdżówkami, zamiast procentów były egzaminy. Procenty ewentualnie po.

Dla człowieka zwolnionego z obecności na lekcjach historii w liceum, egzamin okazał się bezbolesny. Upał był - prawie zemdlałem w autobusie do domu wracając. Pamiętam książki, które sobie na okoliczność egzaminu od koleżanki pożyczyłem. Koleżanka jest teraz uznaną feministką, a książki były jej taty. Tata dzięki swojej działalności w latach osiemdziesiątych zapewnił rodzinie różne atrakcje. Koleżanka się zwierzała, że długo musiała walczyć z odruchem, by w domu mówić szeptem, głos podnosząc jedynie w toalecie.

Swoją drogą, skąd to przekonanie, że nie okablowali także toalety?

Ale to także nie o tym.

To o tym, że po pierwszym roku, a raczej by być dokładnym, pod koniec roku tego, podszedł do mnie starszy kolega. I zapytał czy nie chcę z nim jechać na praktyki.

Tu wyjaśnijmy sobie kilka spraw.

My byliśmy z Archeologii Śródziemnomorskiej. To był taki wydział, na który przyjmowano 20 osób (do czasu - rok później przyjęto 200). Prócz nas byli tak zwani "pradziejowcy". My żeśmy byli od korzeni cywilizacji europejskiej, oni od rozkopywania cmentarzysk choleryków średniowiecznych i wiosek różnorakich barbarzyńców zza limesu.
My żeśmy siedzieli na Krakowskim Przedmieściu, razem z filologami klasycznymi. Oni w baraku, w drodze na lotnisko.

Wojna trochę była.

I ten właśnie kolega mówi, że praktyki co prawda są, ale pradziejowe. Dodajmy, że z Ujotu. I tam nikt nie zdecydował się na nie jechać. Na tych, znaczy się, pradziejach ichniejszych, podwawelskich, choć blisko mają.

Dodajmy, że o praktyki jakiekolwiek to było krucho. Zwłaszcza u nas - jak zaczynałem studia, to Ojczyzna nasza, było by nie było, Ojczyzna Kazimierza Michałowskiego, nie wiele miała do zaproponowania jego ewentualnym następcom.

Do Novae, twierdzy legionowej w Bułgarii, można było z Piotrem Dyczkiem pojechać, jak się wątrobę silną miało. Do Aleksandrii i na Cypr.

Ale nie po pierwszym roku. Po pierwszym roku to sobie można było pojechać na wakacje w Bieszczady z namiotem. Torby foliowe, przez wiatr ganiane po połoninach, podziwiać.

Więc się ochoczo na te pradziejowe wykopki zgodziłem.

Domków kilka urokliwych, na wzgórzu. W dole rzeczka się wije, Dunajcem zwana. Gdzie teraz gospodarze pola mają, kiedyś grodzisko było. Chłop miejscowy - Łyczko niejaki, skarb znalazł, jeszcze za czasów Cesarza.

No to żeśmy dom w stanie surowym zajęli, nieopodal tego pola-grodziska. Właściciele tego domu niewykończonego, w chałupie nieco niżej. A raczej właścicielki - matka i dwie córki. Całkiem nadobne.

Szybko się okazało, czemu my tutaj - studenty warszawskie. Bo wszystko już wykopane - stratygrafia jeno została. Przekrój wału grodziska łużyckiego. Na ostrym stoku dzisiaj będącego.

O co chodzi, to się zapytajcie Pana Mindrunnera.

W praktyce to wyglądało tak. Pobudka - 6.00. Po krótkiej toalecie i symbolicznym śniadaniu targamy sprzęt (łopaty, kilofy, gwoździe, sznurki, teodolit, taczki, łatę, szpachelki, papiery i inne takie) pod górę na stanowisko. A potem to już normalnie. Się kopie. Się plantuje - czyli za pomocą łopaty liże powierzchnię warstwy, tak by było każdą żyłkę widać. Się zakłada siatkę stratygraficzną. Się rysuje i robi zdjęcia. I znowu się kopie. Się znowu liże i zakłada. I tak w koło Macieju. Co kilka centymetrów. Przez miesiąc.

Zrobiliśmy koło czterech metrów.

Ale ja nie o tym.

Może o tym, żeśmy strasznie oszczędzali. Płacili nam tam grosze - a każdy z nas na resztę lata miał mocarstwowe plany... Chłopaki jechali do Daszewskiego na Cypr. Ja - od zawsze zakręcony na temat Rzymu, do tego Rzymu po raz pierwszy się wybierałem.

Oszczędzaliśmy, więc jedliśmy niewiele. I pracowali ciężko. Wtedy zrozumiałem, dlaczego robotnicy piją. Po tygodniu takiej pracy trzeba odreagować.

My żeśmy odreagowali raz. Krętą asfaltówką poszliśmy do najbliższej większej wioski. Tam w piwiarni serwowano zimne piwo. W litrowych kuflach. Po dwa na głowę wystarczyły.

Później pomaszerowaliśmy, nieco chwiejnym krokiem, do miejscowego sklepu. To był czas taki, gdy modnie było, by wódka miała napis "כשר" i stempel rabina. No i nazwę odpowiednią.

Kupiliśmy trzy - Rebekę, Ryfkę i trzecią, której nazwy nie pamiętam. Wyjątkowo to wszystko wydało mi się zabawne.

A potem to już było nieciekawie.

Znaczy się krzaki jakieś nadrzeczne. Może i to tatarak był - z flory zawsze byłem słaby... BMW staruteńkie, czarne, dresiarzami wypełnione. Szybko swój błąd zrozumieli. Nie ma to jaki głodny, pijany koszerną wódką student archeologii po miesiącu machania kilofem.

Most nad Dunajcem. W dole miastowi na wakacjach, kąpielom słonecznym się oddają. W górze koledzy moi i turniej "kto dalej nasika w nurt górskiej rzeki".

No i co ja mogę powiedzieć? Że dla nas chleb z masłem i plasterkiem pomidora przez ten miesiąc był luksusem? Że jak nam gospodyni przyniosła świeży, domowy chleb i trochę fasolki szparagowej z pola, to dla nas była to uczta Lukullusa?

Nie, mogę powiedzieć, że potem kolega się przewrócił na prostej drodze. Na plecy. Z ostatnią butelką wódki w plecaku na tychże plecach. A ja mu usiadłem na głowie.

Z rozpędu.

A inny kolega maszerował w naszym domku do piątej śpiewając to:



Dom, jak już wspomniałem wcześniej, był w stanie surowym, więc pył wzbudzony przez kolegę mieszkał tam z nami mniej więcej przez dwa dni.

Ale to nie o tym.

Bo ta gospodyni, co nam chleb dała, miala dwie córki. Wspomniałem już o tym. Nadobne całkiem. No i myśmy czasami z tymi córkami niewinnie sobie flirtowali.

Córki były. Matka też. Ale ojca jakoś nie.

No i się okazało, że ojciec na kuracji przebywa. W wariatkowie.

W połowie naszego pobytu do domu wrócił. Nie na długo. Pewnego późnego wieczora straż pożarna, policja, karetka na kogucie. Gospodarz w koszuli nocnej z siekierą w ręce córki po obejściu gania. No to go zamknęli. Na dłuższą kurację.

Okazało się, że poniekąd z naszego powodu. Bo ojciec ów postanowił po powrocie porządki w domu robić. No i ubzdurał sobie, że my z jego córkami, to tak nie do końca niewinnie.

Więc umyślił sobie nas siekierą, we śnie, jak te kurczaki... Ale córki się sprzeciwiły. Stąd ta rodzinna awantura.

To fajne dziewczyny były.

Ale to też nie o tym.

Jak żeśmy ten dół (oops, przepraszam - profil) kopali, to trafiliśmy na śmietnik. Taki starożytny. Ówcześni mieszkańcy leniwi byli i śmieci przez wał na zewnątrz wyrzucali. Generalnie same skorupy i kości. Bo to co organiczne się rozłożyło w międzyczasie.

No to grzebaliśmy sobie w tych skorupach i kościach. Rozdzielonych warstwą spalenizny. Znaczy przyjechali obcy i przez chwilę gród wraz z mieszkańcami zamienił się w węgiel. Zaprzestał działania. Ceased to be. Jak ta papuga z Monty Pythona.

Więc grzebiemy w tych kościach poniżej warstwy spalenizny. To była krowa, a to koń, a to świnia. I nagle z góry wykopu doktor Poleski rzuca mi kostkę,

Kawałek ludzkiej kości potylicznej z wyraźnie widocznymi kresami karowymi (przyczepami mięśni).

Dziwne wrażenie. Nawet dla kogoś, kto w poprzednim roku miał co tydzień wykłady w trupiarni nad wydziałem filozofii UW.

A dlaczego ten wpis nosi tytuł Kleopatra?

A kto to może wiedzieć? Może dlatego, że jak zdawałem rok wcześniej na tę całą archeologię, to zapoznałem wyjątkowo nadobną niewiastę. Przez całe wakacje mi się śniła, podsycając zapał do studiów wyższych.

W takim typie, nieco egipskim była...

Później czar prysł szybko, ale może od niej tytuł tego wpisu? Kto wie?

Tuesday, April 7, 2009

Czapka bez pióra (bo pióro ukradli)

Z moim miastem to jest tak:

Potoki sobie szemrały wśród boru tysiącletniego, jarami do Wisły spływając, osady rosły tu i tam, zameczek drewniany w Jazdowie na skarpie górujący, w sadach owoce, w okolicach dzisiejszej hali Mirowskiej bydełko się wypasało...

to przyszli różni Rusini, Litwini i Tatarzy - osady spalili, sady podeptali, bydło zeżarli i poszli...

nic to - odbudowaliśmy...

Nowe miasto (dziś zwane Starym) i nowsze (zwane Nowym). Bona niejaka, królowa zresztą, książąt ostatnich otruwszy, warzywniaków nasadziła, drogi się wytyczyło, mury, kościoły pobudowało. Pałace, (jakoś tym królom w krakowskim mieszkaniu ciasno było i widok ze skarpy w Warszawie woleli) a jakże, również...

No to wymyślili, że tu trzeba elekcję urządzić. Wpierw w okolicach pana yayco, a potem po mojej stronie rzeki...

Najechało się luda, sady rozdeptali, drogi rozjechali, to bydło i kury co były, zeżarli - generalny bałagan i tak cięgiem koło dwustu lat. Nijak nie dało się nic ustalić, bo co bogatsi, to sobie na własność kawałki miasta pokupowali. A taki, pożal się, właściciel niedzielny, to ulicę do granicy swojej działki wytyczał, a reszta go nie obchodziła.

I kończyły się te ulice w krzakach.

A jak ktoś komuś cielesną powłokę w wyniku nieporozumienia towarzyskiego naruszył, to biegł trzy domy dalej i już był bezpieczny - bo niewidoczną granicę jurydyki przekroczył.

Jednym słowem Sodoma & Gomora pod płaszczykiem obywatelskiego obowiązku.

A potem taki jeden, w charakterze króla robiący emigrant zza morza, awanturę ze swoimi ziomkami uskutecznił, na poczet ówczesnego kodeksu pracy. Że to niby mu się równorzędna posada za morzem należy.

Więc przyjechała ichniejsza inspekcja pracy liczną delegacją. Ci to już zeżarli wszystko co się dało. A czego się nie dało zeżreć to wywieźli. A czego nie wywieźli to spalili.

Odbudowaliśmy.

To potem taki jeden, tym razem zza enerdowskiej granicy, najpierw chciał narodową pamiątkę w postaci kolumny koledze z Moskwy opchnąć. A jak się nie udało, to w poprzek miasta Oś sobie zbudował. Znaczy pałac, duży ogród w którym poważni, starożytni faceci w postaci kamiennych posągów się znajdowali, staw, kaczki i pawie. A na końcu mieszkanie dla wojska. Ot, tak na wszelki wypadek.

I latał ten enerdowiec po parku, kaczki i pawie straszył, podkowy łamał, a warszawski obywatel z Żoliborza, jak chciał rodzinę na Mokotowie odwiedzić, to się podmiejskimi sadami przemykać musiał.

A potem przyszli nieproszeni goście ze wschodu, kumple tego, któremu się kolumny wywieźć nie udało. Ci to już tak przychodzili i wychodzili, aż zostali na stałe.

Za każdym razem zżerając wszystko, a czego się nie dało zeżreć to wywożąc, a czego się nie dało wywieźć paląc.

Ale to nie było najgorsze - bo oni, jak juź osiedli na stałe, to sami budować zaczęli. Dzięki czemu w letnich miesiącach pewna reprezentacyjna ulica za plan filmu "Przygoda w Odessie" robić może bez charakteryzacji.

Jak już sobie wreszcie poszli, to zaraz ci z enerde z powrotem przyleźli. Co ci robili to ja już tu pisać nie będę, żeby grubem słowem, co się samo ciśnie na usta, czytelnika uszu i oczu nie urazić. A poza tym, to świeża historia, więc ją wszyscy znają.

A potem ci ze wschodu, co się kuchennymi drzwiami wepchali, jak enerdowcy główną klatką schodową uciekali, w środku miasta nam rakietę międzykontynentalną ucharakteryzowaną na wyrób cukierniczy postawili.

I tak w koło Macieju.

No więc z moim miastem to jest tak:

Co jakiś czas się zdarza, że wpadają do nas nieproszeni goście - meble poprzewracają, do zupy naplują i dywan ukradną. A potem rodzina z prowincji przyjeżdża na wywczasy.

I rodzina kręci nosem, że komoda kulawa, podłoga goła, a zupy nie ma.

Taki już nasz los.

Monday, March 30, 2009

Aleja Syrenki i Wyspa Królików (2)

Szybko odkryłem, że w moim budynku da się wyjść na dach. Trzeba tylko porzucić bezpieczną drogę i wzgardzić szybkobieżną windą, której w holu na parterze pilnują starsze panie w koszulkach "patrol obywatelski" (..."patrzymy żeby nikt nie pluł i nie śmiecił"...)

Zamiast tego należy zagłębić się w śmierdzącą czeluść klatki schodowej. Zgodnie z miejscowymi standardami pełni ona głównie rolę schodów przeciwpożarowych. Dlatego nie posiada okien. Chodzi o to, żeby w razie czego można było za pomocą ciężkich stalowych drzwi szybko odseparować studnię klatki schodowej od reszty budynku.

Klatka schodowa służy również jako miejsce schadzek, spokojna przystań, gdzie można bez obawy dać sobie w żyłę, wychodek.

Ściany pomalowane grubo olejną farbą na żółto - jajeczny kolor , na posadzce mniej lub bardziej poprzysychane plamy o różnej konsystencji, dziesiątki małych plastikowych pojemniczków, niewinnemu obserwatorowi przypominających starannie opróżnione z atramentu wkłady do wiecznego pióra.

Skacząc między tym wszystkim jak kozica, starając się równocześnie przypadkiem nie dotknąć lepkich ścian i nie oddychać zbyt głęboko, należy dotrzeć na sam szczyt. Następnie zaprzeć się na pordzewiałych drzwiach, aż ustąpią, trąc o śnieżobiałe kamyczki, którymi wysypana jest powierzchnia dachu.

Trzeba się przygotować na uderzenie jaskrawego światła i wibrującego, rozgrzanego powietrza.

To trochę taki skok do piekarnika.

Latem w Mieście jest gorąco i wilgotno. Tak gorąco i wilgotno, że biznesmeni w drogich garniturach, czekający na pociąg na nieklimatyzowanych stacjach, pocą się pozostając w całkowitym bezruchu. Tak gorąco i wilgotno, że ciężko jest wytrzeć się do sucha po wzięciu prysznica.

Więc lepiej na dach wychodzić wieczorem, gdy upał zelżeje. Dobrze jest na dachu zdjąć buty. Białe kamyczki oddają ciepło skumulowane przez cały dzień. Wieje lekki wietrzyk od oceanu. Od widoku kręci się w głowie.

W końcu budynek ma 22 piętra.

Na wprost patrzącego w ocean wrzyna się jęzor południowego krańca Wyspy Królików. Kolonia jednorodzinnych domków, tonących w zieleni, otoczonych wysokim na trzy metry parkanem i zasiekami z drutu kolczastego.

To zamknięte osiedle "Morska brama". Dzień i noc strzeżone przez strażników z długą bronią. Chronione przed domniemanym chaosem, który jakoby miałby zagrażać jego lokatorom ze strony mieszkańców reszty Wyspy.

Na prawo ujście rzeki, która kiedyś dawno temu, przez chwilę, nosiła nazwę która natychmiast kojarzy mi się z filatelistką. To właściwie jest ogromne estuarium. Ciężkie tankowce i transportowce majestatycznie wpływają wgłąb lądu, przepływają pod rozpiętym nad rzeką mostem, noszącym imię pewnego słynnego włoskiego żelgarza. Wyglądają pod nim jak zabawki.

Jeszcze dalej, w tle, sino majaczy właściwe Miasto. Nocą widać jak nieprzerwanie zmierzają w jego kierunku sznury drżących świetlistych punkcików. Tysiące samochodów pędzących po autostradzie zbudowanej wzdłuż brzegu rzeki. Gdzieś daleko na lewym brzegu plują ogniem w niebo rafinerie i zakłady chemiczne. Są noce gdy wygląda to jak jakiś miniaturowy Mordor czający się do skoku na Miasto.



Po lewej jest czysto i spokojnie. Ocean.

Za plecami otwiera się wnętrze Wyspy Królików. Jej kręgosłupem są dwie aleje - Syrenki i Neptuna. Z czego Aleja Syrenki jest słynniejsza. Opiewana w piosenkach. Okryta złą sławą.
Obie aleje docierają do stacji kolejki. Tą kolejką najłatwiej dostać się można do właściwego Miasta.

Ale jak z południowego krańca wyspy, spod kolczastej bramy osiedla "Morska brama" najszybciej dotrzeć na stację kolejki?

Najszybciej i najbezpieczniej to chyba jednak na piechotę. To dwudziestominutowy spacer. Co prawda jest miejski autobus, ale on nie jedzie w linii prostej, kreśli zawijasy po całej wyspie, zanim dotrze do stacji. W dodatku każdy wsiada i wysiada z niego gdzie chce. Wystarczy dzwonkiem dać znać kierowcy, zamachać czekając przy ulicy. Pasażerowie wsiadają tylko przodem, pokazując kierowcy bilety. A że wszyscy się znają, to mają zwykle sobie coś do powiedzenia. Ten autobus bardziej stoi niż jedzie.

Taksówki z korporacji mieszczących się w sercu właściwego Miasta boją się wjeżdżać na Wyspę Królików. Na wyspie powstała miejscowa, anarchiczna korporacja. Składa się z kierowców w turbanach, jeżdżących starymi, wielgachnymi, amerykańskimi samochodami. Czekają oni na klientów pod stacją kolejki, bądź zabierają ich na stację krążąć po ulicach wyspy, trąbiąc na przechodniów. Trzeba wsiąść do samochodu i grzecznie czekać, aż uzbierają się przynajmniej cztery osoby. Wtedy "taksówka" rozwozi klientów, od każdego inkasując opłatę. Te samochody trzymają się na drut i taśmę klejącą, a kierowcy nie do końca są mistrzami kierownicy. Co więcej często nie mają prawa jazdy i stosownych ubezpieczeń. Były przypadki gdy taki "taksówkarz" uciekał z miejsca wypadku zostawiając rozbity samochód i poranionych pasażerów.

Więc chyba lepiej na piechotę.

Zawsze dziwiła mnie nazwa Wyspy. Ten "królik" w nazwie jest mocno archaicznym królikiem. Takim bardziej cuniculusem niż królikem. Obco brzmiącym w tubylczym języku. A po holendersku taki królik zwie się Konijn.



(c.d.n.)

Friday, March 27, 2009

Aleja Syrenki i Wyspa Królików (1)

Tego lata mój stary załatwił mi mieszkanie.

Mieszkanie należało do znajomego znajomego. Od dawna stało puste.

Ów znajomy znajomego przyjechał do Miasta z małego miasteczka. Mieszkał samotnie, bojąc się otaczającego go wielkiego, obcego świata. Ciężko pracował, ciułał grosz do grosza i prawie wszystko wysyłał do domu. W jego miasteczku w tamtych czasach to jeszcze były ogromne pieniądze. Pewnego dnia znajomy znajomego podzielił los wielu rodaków. Spadł z rusztowania i złamał kręgosłup.

Sprytni prawnicy, jakich pełno podówczas było w gazetowych ogłoszeniach ( "miałeś wypadek - zgłoś się do nas!" ) załatwili mu koło stu tysięcy w ramach odszkodowania i znajomy znajomego wrócił do siebie, dożyć swych dni w miejscu, które nie napełniało go lękiem i tęsknotą.

A mnie dostało się jego mieszkanie...

Całe wypełnione smutnymi, zakurzonymi gratami. Sztucznymi kwiatkami, kiczowatymi okrętami, płynącymi po kiczowatych morzach do nowego świata, popsutą przedpotopową elektroniką i poprutymi misiami - przytulankami, które wyglądały jakby poniosły nagłą śmierć w jakiejś potyczce na dzikich polach. Rozniesione na szablach przez oszalałych kozaków.

Drugiego dnia nie wytrzymałem i zacząłem znosić te wszystkie przedmioty, niemych świadków beznadziei, do osiedlowego śmietnika.
Pierwszy wylądował w kuble popsuty telewizor. Wróciłem na górę po plastikową palemkę i płynące przez tekturowe morze okręty Kolumba.

W tym czasie o telewizor, pamiętający, podejrzewam, pierwsze lądowanie na księżycu, rozgorzała prawdziwa bitwa między bezdomnymi mieszkańcami Alei Syrenki.

Bardzo niedobrze. Nie powinienem zwracać na siebie uwagi. Co prawda sąsiadka z przeciwka miała naklejone na drzwiach że "Chrystus kocha nas wszystkich", ale zostałem ostrzeżony, że do zakresu chrześcijańskich powinności zalicza również regularne meldunki składane Miastu z tego co dzieje się w naszym budynku.

A Miastu mógłby się nie spodobać taki nie do końca legalny lokator. Bo Miasto sporo pieniędzy łożyło na wieżowce, w których mieszkaliśmy, eufemistycznie nazywane "projektami".

Szkoda by było takiego mieszkania - dwupoziomowe, z salonem i kuchnią na pierwszym poziomie i trzema sypialniami na drugim. Duże okna wychodzące na wschód i zachód - czyli na ocean z jednej i wpadającą do niego rzekę z drugiej strony... oraz błyszczące w oddali, za rzeką, właściwe Miasto...




Miejsce, przez które biegnie Aleja Syrenki nazywane jest Wyspą Królików. Kiedyś, dawno temu, to rzeczywiście była wyspa . Ale po wielkiej, bratobójczej wojnie jaka przetoczyła się przez kraj, mieszkańcy wyspy wpadli na prosty pomysł.
W ciągu kilku lat zasypali strumyki oddzielające ich od stałego lądu. A raczej od tego, co mogło im się stałym lądem wydawać, a jest kolejną, gigantyczną wyspą...

(c.d.n.)

Wednesday, January 21, 2009

Tamir

Tamir zadzwonił wczoraj wieczorem.
Że był na koncercie, koncert udany i teraz stoi na rogu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. I czy może przyjść. Z winem.

Tamira poznaliśmy zupełnie przypadkiem jakieś trzy miesiące temu. Do Warszawy przyjechał wtedy Jonatan Stańczyk, prowadzący razem z Juliano Mer-Khamisem teart w Jenin na Zachodnim Brzegu. Teart Dramatyczny zorganizował spotkanie z Jonatanem.

No i na to spotkanie zupenie przypadkiem przyszedł Tamir. To był jego pierwszy dzień w Warszawie. Szedł przez centrum miasta i nagle zobaczył wielki, dziwaczny budynek. Wieżowiec w stalinowskim stylu. Wszedł do środka żeby się zapytać co to za budynek i czy dzieje się w nim coś ciekawego. Okazało się, że to teatr, że co prawda dziś przedstawień nie ma, ale na drugim piętrze jest spotkanie.

Tak Tamir trafił na spotkanie z Jonatanem. Obejrzał co miał obejrzeć, posłuchał, a potem wstał i ze łzami w oczach powiedział, że to wszystko co opowiada Jonatan jest o nim. Że Warszawa to zaiste magiczne miasto, skoro tak zupełnie przypadkowo można trafić na kogoś kto zacznie opowiadać o twoim własnym życiu.

Tamir urodził się w Izraelu. Czterdzieści kilka lat temu. Potem wyjechał z rodzicami do Stanów. W wieku 19 lat, jako gorący syjonista wrócił do Erec Israel i trafił do armii. Była połowa lat osiemdziesiątych i IDF wysłał Tamira do Hebronu.

Pierwszego dnia, podczas patrolu, oddział Tamira zaczęły obrzucać kamieniami palestyńskie dzieci. Żołnierze dopadli jednego z gówniarzy w jakimś zaułku. Miał może z 10 lat. Dowódca zawołał Tamira i kazał mu uderzyć dzieciaka kolbą karabinu w głowę.

Tamir odpowiedział dowódcy żeby sam się walnął tą kolbą. Od słowa do słowa i wkrótce oniemiały dzieciak patrzył na tarzających się w hebrońskim kurzu, okładających się pięściami dwóch izraelskich żołnierzy.

Tamir trafił na kilka dni do paki. A z paki prosto na służbę wartowniczą. Odstał swoje, poczekał na kolegę, który miał go zluzować, a potem zaczął iść.

Szedł, otępiały, przez czarną noc Hebronu. Byle dalej od dowódcy, od oczu tego dzieciaka czekającego na cios kolbą. Samotny chłopak w mundurze Cahalu z M16 na plecach w labiryncie arabskiego Hebronu. Taki spacerek łatwo mógłby się skończyć tragicznie.

Szedł całą noc. Wyszedł za miasto. Zrobiło się jasno. Tamir zobaczył samotne wzgórze, a na nim trzysta owiec i jednego palestyńskiego wieśniaka.

Podszedł bliżej. Wieśniak przyjrzał mu się uważnie a potem pokazał na migi – “choć za mną”.

Zaprowadził go do beduińskiego szałasu. Tamir padł jak długi i zasnął.

Spał całą dobę. Gdy się obudził i wyszedł przed szałas, zobaczył wpartującą się w niego beduińską rodzinę. Dostał jeść. Beduini pokazali mu drogę do autobusu którym dojechał do Jerozolimy.

Nie da się uciekać bez końca. Tamir sam zgłosił się do IDF. Powiedział, że nie chce nosić broni. Znów trafił do paki. A potem na tyły. Do kuchni.

Tego dnia gdy popatrzył w oczy rzucającego kamieniami dzieciaka, gdy zawahał się przez jedną malutką chwilę czy uderzyć czy nie, skończyła się dla niego wojna.

Monday, February 25, 2008

Rzecz o poczcie

Jakoś mi dziwnie gdy słyszę rozlegające się w moim kraju gromkie pokrzykiwania - Kosowo to Serbia! Gdy docierają do mnie mrożące krew w żyłach opowieści o tym, jak to 90 procent mieszkańców małego kraju ukradło ten kraj 10 procentom swoich współmieszkańców.


Ale zacznijmy może od dykteryjki, która wyjaśni tytuł tej notki.

Podczas oblężenia Sarajewa, w połowie lat dziewięćdziesiątych, ktoś w nocy napisał sprayem na ścianie poczty głównej w Sarajewie - "Tu jest Serbia".
Kilka dni później napis został przekreślony i pojawił się nowy - "Tu jest poczta, głupcze."

Historia ta dała tytuł wydanej w 1995 roku książce Konstantego Geberta i dosyć dobrze określa mój osobisty stosunek do wojen na Bałkanach (i do wojen w ogóle).

Być zawsze, na tyle na ile się da, po stronie obrońców poczty.

Bałkany to jeden z tych rejonów świata, ciasnych, magicznych krain, gdzie wiele narodów, od wieków siedzi sobie nawzajem na głowie. Dawne bitwy przechodzą do legend. Budowane dla podkreślenia praw do ziemi pałace i świątynie z czasem stają się święte.

Mieszkańcy takich terenów potrafią przez lata siedzieć sobie na głowie nawzajem we względnym spokoju, ale wystarczy jedna iskra by ożyły dawne legendy. Wtedy, jak pisze Dubravka Ugresic "wkładają na głowy jakieś straszne czapy, przyklejają sobie przerażające brody, wywracają groźnie oczami, pokrywają swoje ciała wojennymi barwami, sięgają po drągi, widły, łuki i strzały (...) i zaczynają się z całych sił wydzierać."

A potem groby zarastają trawą, bitwy przechodzą do legendy, wznoszone zostają pomniki, świątynie i pałace. Zapada spokój. Do następnego razu.

Z mieszkańcami takich rejonów ciężko jest rozmawiać o historii. Bo historia jest tutaj wyjątkowo zagmatwana. Nic nie jest czarno- białe. Wszystko występuje w tysiącach odcieni i rozmówcy dobierają sobie z tego bogatego skarbca to co im pasuje.

Wie to każdy kto rozmawiał z Polakami i Ukraińcami o kresach, z Żydami i Arabami o Palestynie, z Serbami, Chorwatami, Albańczykami, Bośniakami o wojnie w Jugosławii, z Żydami i Polakami o wspólnej historii.

Wierzę, choć być może jest to wiara naiwna, że jedynym wyjściem z tego zaklętego koła jest generalne zanegowanie dyskursu na poziomie etnicznym. Obrona "poczty" miast obrony Polski, Serbii, Ukrainy czy Eretz Israel.

Do tego potrzebna jest pamięć i zrozumienie, że dzisiejsze wydarzenia są elementem długotrwałych procesów historycznych - często rozciągniętych na dziesiątki/setki lat. Że te procesy są wyjątkowo zagmatwane i nic nie jest tu czarno-białe.

Jak słyszę o niewinnych Serbach ograbianych z części swojej ziemi, to natychmiast przypomina mi się płaczący żołnierz ONZ w Sarajewie, pochylony nad dzieckiem zastrzelonym przez serbskiego snajpera. Przypomina mi się, jak prawie fizycznie odchorowałem bezsilność holenderskich żołnierzy w Srebrenicy, gdzie po cichu wspierane przez Milosevica separatystyczne serbskie oddziały wymordowały 8000 ludzi. Przypomina mi się dziarska kampania przeciwko UCK w 1999 roku, podczas której wojsko Jugosławii, dobrym średniowiecznym zwyczajem, zatruwało studnie trupami mieszkających opodal albańskich wieśniaków. Pamiętam alarmujące wieści, że w wyniku działań wojsk federalnych i wesołych oddziałów "serbskich pariotów" - "tygrysów" Arkana, różnorakich "białych orłów" i "zielonych beretów" zaginęło prawie milion ludzi.

I chcę wtedy powiedzieć - Serbowie nie są niewinni. W długiej perspektywie dziejowej dzisiejsza niepodległość Kosowa jest elementem sporu trwającego od 400 mniej więcej lat. W krótszej jest wynikem absurdalnej, szowinistycznej i zbrodniczej polityki serbskich władz w latach dziewięćdziesiątych.

Pamiętam także inne rzeczy - pamiętam podjętą z całkowitym lekceważeniem prawa międzynarodowego decyzję NATO o bombardowaniu Serbii. Decyzję, która postawiła sekretarza generalnego ONZ Kofi Anana w wyjątkowo trudnej sytuacji. Pamiętam kilka tysięcy niewinnych ofiar tego bombardowania - w CNN pokazywanego jako przykład "czystych", "chirurgicznych" uderzeń. Pamiętam jak z czasem ten przerażający "milion zaginionych" w Kosowie topniał w oczach - do kilku tysięcy zamordowanych.

Tym mocniej podkreślę - Serbowie sami są sobie winni. To co robili w latach dziewięćdzięsiątych spowodowało, że świat odwrócił się do nich plecami. Że potrafił uwierzyć że są zdolni do każdej zbrodni (w końcu w Srebrenicy dokonali największego ludobójstwa w Europie od czasów zakończenia II wojny światowej), usprawiedliwić lekceważenie przez USA prawa międzynarodowego. Wszystko po to, żeby nie powtórzyła się Srebrenica.

I tak samo będzie teraz, choć obecny serbski rząd nie ponosi bezpośredniej odpowiedzialności za tamte zbrodnie. Dzisiejsza niepodległość Kosowa w prostej linii wynika ze zmian przeprowadzonych w serbskiej konstytucji w marcu 1989 roku, z odebrania autonomii Kosowu i Wojwodinie. Te zmiany otworzyły puszkę Pandory, prowadząc do rozpadu Jugosławii i późniejszego rozpadu Serbii. Oglądamy ostatnie paroksyzmy tego procesu.

Sen o "wielkiej Serbii" przekształcił się w koszmar przegranego, opuszczonego przez wszystkich kraju. Zdanego na złudne, egzotyczne sojusze oparte na XIX wiecznych religijno-etnicznych podstawach.

Gdy ktoś na wieść o ogłoszeniu niepodległości Kosowa wkleja obrazek ze zwycięskim Sobieskim gromiącym Turków pod Wiedniem, to chciałbym mu powiedzieć, że Albańczycy zadebiutowali w historii Kosowa jako obrońcy chrześcijaństwa. Sojusznicy Węgrów, występujący pod wodzą Skadenberga przeciw imperium Otomańskiemu w 1448 roku. Serbowie walczyli wtedy raczej po drugiej stronie barykady. Pjetër Bogdani - katolicki arcybiskup, prowadził Albańczyków do walki w latach 1683–1699 kiedy pomagali Austrii w odbijaniu Kosowa z tureckich rąk.

Powiedziałbym także, że "przedmurze chrześcijaństwa" to jeden z najnieszczęśliwszych pomysłów w polskiej historii. W prostej linii prowadzący do nieobecności Polski na mapach świata.

Gdy ktoś na wieść o ogłoszeniu niepodległości Kosowa mówi mi, że to nie jest państwo, że oni tam nie mają szans, bo jedyne co tam działa to albańska mafia, zajmująca się przemytem narkotyków i kobiet to burdeli zachodniej Europy, to mu powiem, że to rasistowskie, ksenofobiczne, napędzane strachem przed islamem gadanie.

Bo ja pamiętam podobne zdania wygłaszane o Bośni. Że to islamska ekspozytura zasilana pieniędzmi z Arabii Saudyjskiej, wypełniona terorystami i irańskim agentami. Wroga Europie i chrześcijaństwu.

W tym czasie dowódcą obrony Sarajewa był serbski generał Jovan Divjak, wśród najwyższych dowódców armii znajdowali się Chorwaci - generał Stjepan Šiber i pułkownik Blaž Kraljević.

Tak samo dzisiaj, ktoś kto mówi takie rzeczy o Kosowie, nie ma zielonego pojęcia o "równoległym państwie" stworzonym w Kosowie przez Albańczyków w latach dziewięćdziesiątych - porównywalnym chyba tylko jedynie z polskim państwem podziemnym z czasów II wojny światowej. Dali radę wtedy, dadzą z pomocą Stanów i Europy także teraz.

Gdy ktoś mi powie, że uznanie niepodległości Kosowa przez głównych graczy światowej polityki to jakiś absurdalny gest, spowodowany niechęcią do Serbów, albo gorzej, efekt wszechświatowej zmowy, mającej uczynić z Bałkanów wielką amerykańską bazę, to mu powiem, że nie zna historii i nie czyta gazet.

O historii to było trochę powyżej. Natomiast co do gazet (czyli tego, co tu i teraz) to trzeba wiedzieć, że ta decyzja wykluwała się miesiącami, w trakcie negocjacji prowadzonych ze stronami konfliktu przez wysłannika ONZ, byłego premiera Finlandii Martii Ahtisaari'ego. Ahtisaari ma duże doświadczenie - w przeszości obserwował rozbrojenie IRA, pracował w Tanzanii i Namibii, doprowadził liderów Ruchu Wolny Aceh do rezygnacji z pomysłu secesji tej prowincji z Indonezji. Po miesiącach pracy w Kosowie doszedł do wniosku, że suwerenność jest jedyną szansą regionu. Pisał, że Serbowie i Kosowarzy mają diametralnie i kategorycznie odmienne stanowiska. Jakiekolwiek możliwości porozumienia uległy wyczerpaniu. Nie ma powrotu do rządów Serbii.

To nie jest zdanie przedstawiciela rzadu USA. To oficjalny dokument ONZ, do obejrzenia tutaj.


Jak ktoś mi powie - mówisz, że bronisz poczty, a wspierasz de facto "Wielka Albanię", to mu powiem że flaga Kosowa wygląda tak:



I te gwiazdki (nie przez przypadek na niebieskim tle) mają oznaczać wszystkie grupy etniczne zamieszkujące Kosowo. Chwyt pod europejską publiczkę - być może - ale zawsze lepszy od pokrzykiwań ogolonych młodzieńców że tu jest Serbia... Rolą wspólnoty międzynarodowej jest by ta flaga nabrała znaczenia. Dla wszystkich mieszkańców regionu.

Jak ktoś mi powie, mówisz o tej "poczcie", ale czy to nie absurdalne, że w tym momencie bronisz powstania etnicznego państwa? To mu odpowiem - mam nadzieję, że to nie jest etniczne państwo. To zakończenie pewnego procesu historycznego. Swoją drogą ciekawe, że nie było takiego szumu gdy od Serbii w podobny sposób odpadała Czarnogóra.

Moja druga połowa wróciła wczoraj z międzynarodowej konferencji poświęconej nacjonalizmom w postkomunistycznych krajach naszego regionu. Konferencja miała miejsce w Tallinnie. Przywiozła mi z tej konferencji pudełko czekoladek "Kalev" i taką opowieść:

Na tej konferencji było dwóch uczestników - Serb Marko i Kosowar - jego imienia moja druga połowa nie pamięta niestety.

No i oni w zasadzie siedzieli razem, ktoś przyszedł i powiedział do tego Kosowara - "gratulacje, jesteście teraz niepodległym państwem".

Ten spojrzał się ironicznie - tak, jestem teraz niepodległy od Marko.

Polscy politycy mówią - "w związku z wydarzeniami w Serbii (podpalona ambasada amerykańska) powinniśmy się zastanowić czy nie działamy zbyt pochopnie.

Rzeczywistość jest taka - nie ma wydarzeń w Serbii. Przynajmniej takich, o jakich myślą polscy politycy. W czwartkowej demonstracji według zachodnich środków przekazu uczestniczyło 200 tysięcy ludzi. Serbowie liczą demonstrację na 500 tysięcy uczestników.

W zamieszkach uczestniczyło kilka setek ludzi. Reszta spokojnie modliła się w największej cerkwi Belgradu.

A łysi panowie, zanim podpalili amerykańską ambasadę, obrabowali kilka okolicznych sklepów - z salonami Nike i Adidasa na czele.

Więc tym, którzy zapowiadają wojnę powiem tak:

Wojny nie będzie. Po dzielnych pokrzykiwaniach serbskiej cerkwi i pomurkach rosyjskiego niedźwiedzia, mam nadzieję zapanuje cisza. Rolą wspólnoty międzynarodowej jest stworzenie dla Serbii nowego "planu Marshalla".

A w haśle "Kosowo to Serbia", jest tyle samo prawdy, co w "Wilno na wieki polskie". Dokładnie tyle samo.

Tuesday, May 15, 2007

Pałac władzy z perspektywy namiotu.

Miałem już dość prasowych analiz, newsów z TVN 24 i wojen toczonych na internetowych forach. Postanowiłem sam doświadczyć właśnie rozgrywającej się historii. Wziąłem pieska na spacer i po drodze, a nie mam daleko, jakieś piętnaście minut spacerkiem, zahaczyłem o pielęgniarskie miasteczko namiotowe.

A pogoda była dziś piękna. Po 16 upał nieco zelżał. Lekki wiatr kołysał drzewami w Łazienkach i na Bagateli – małej, zwykle spokojnej uliczce prowadzącej od Placu Unii Lubelskiej do Łazienek, prosto pod pomnik Piłsudskiego. Dziś Bagatela była czarno – niebieska. Dziesiątki poparkowanych gdzie się da policyjnych samochodów. Policjanci, proste chłopaki w porozciąganych, czarnych podkoszulkach, wyraźnie znudzeni. W jednym miejscu liczył się jakiś pododdział. Kowalski – grzmi dowódca – naprzeciw niego dwuszereg w niezbyt regulaminowym stanie – upał nie pozwala… Idę, już idę – funkcjonariusz Kowalski odpowiada z krzaków. Puste, plastikowe butelki po wodzie, w jednym z samochodów oficer stuka rysikiem w palmtopa.

Po drugiej stronie Alej Ujazdowskich jest biało od pielęgniarskich czepków. Na trawniku wzdłuż parkanu Łazienek, na całej długości, porozstawiane namioty. Podobno jest ich ponad 130. Rzeczywiście wygląda, że jest ich sporo. Podobno zawsze jest tu bardzo głośno. Ale nie teraz – może to upał zmógł protestujących, może jest coś na kształt przerwy obiadowej. „Dziewczyny – pomidory” – słyszę – „trzeba uzupełnić zapasy potasu!” To nie tylko pielęgniarki, raczej całe szpitalne załogi – bo jest tu także wielu mężczyzn – kierowców karetek, pielęgniarzy, lekarzy. Leżą w cieniu na karimatach, rozmawiają, przechadzają się powoli wzdłuż parkowego parkanu. Ktoś wysyła sms-y, ktoś z plastikowego talerzyka je grochówkę. Toczy się cicha wojna między protestującymi a robotnikami rozwieszającymi na ogrodzeniu Łazienek zdjęcia kolejnej fotograficznej wystawy. „Proszę nie ruszać tego transparentu” „On jest nasz”... Płot Łazienek zawieszony jest płachtami prześcieradeł z wymalowanymi nazwami uczestniczących w proteście szpitali.

Przechadzam się powoli, piesek węszy, podbiega do siedzących przed namiotami. To mały, z lekka jamnikowaty kundelek. Wesoły i wszystkiego ciekawy. Potrafi błyskawicznie przełamać lody. A ja dzięki temu mogę pogadać.

Nie ma tu napięcia między pielęgniarkami a policjantami. Przysiadają się, rozmawiają z protestującymi. W powietrzu wyczuć można specyficzną energię powstałą z mieszanki desperacji i wyzwolonej społecznej aktywności.

Po drugiej stronie ulicy siedziba premiera – wielki budynek, wzniesiony na początku dwudziestego wieku na potrzeby rosyjskiego Korpusu Kadetów. Oddzielony od protestujących kordonem policji i rzędami barierek.

Z perspektywy rozłożonego pod parkowym ogrodzeniem namiotu ten gmach wygląda absurdalnie. Stalowo-betonowy pancernik z odzianą na czarno załogą na przeciw szumiących na lekkim letnim wietrze drzew, rozdawanych z plastikowej torebki dojrzałych pomidorów, wyblakłych okładek starych książek rozłożonych na murku przez jakiegoś upadłego bukinistę. Gdzieś tam w środku pracują podobno zagłuszarki, uniemożliwiające kontakt telefoniczny czterem zamkniętym w siedzibie premiera pielęgniarkom z koleżankami na zewnątrz.

Przypominają mi się smaczne dykteryjki, opowiedziane w jednym z esejów przez Amosa Oza, mówiące o naiwnym egalitaryzmie pierwszych przywódców Izraela. O premierze Dawidzie Ben Gurionie, z uporem wpisującym do wszelkich dokumentów jako zawód – „robotnik rolny”. O najdłużej sprawującym swój urząd prezydencie kraju – Icchaku Ben Cwi, który mieszkał w zwykłym bloku i miał zwyczaj zastępować na dwie godziny dziennie posterunkowego w budce wartowniczej przed rezydencją rządową.

Wątpię, czy pielęgniarki mają jakieś konstruktywne pomysły, które mogą w szybki sposób doprowadzić do rozwiązania ich problemów. Ale myślę, że cechą każdego prawdziwego przywódcy jest umiejętność prowadzenia dialogu, wykonywania gestów symbolicznych, nawet nie do końca zgodnych ze sztywno postrzeganym prawem, umiejętność nawiązania kontaktu ze społeczeństwem.

Z perspektywy pielęgniarskiego namiotu działania wykonywane ostatnio przez premiera – zawiadomienia składane na prokuraturze, oskarżenia o polityczne inspiracje, dobieranie sobie rozmówców, poniżanie protestujących, to działania indolentne, małostkowe i po prostu po ludzku głupie.

Sunday, May 6, 2007

Allenby 30



Allenby to jedna z głównych ulic Tel Awiwu. To tu, pod numerem 94, znajduje się słynna polska księgarnia, tu w obskurnym hoteliku Victoria, gdy nie miał pieniędzy, nocował "na słowo honoru" Marek Hłasko.

Allenby nie jest tak kolorowa jak usiany butikami Sheinkin, jest bardziej hałaśliwa od aleji Rothschilda. To ulica rosyjskich sklepików z pirackimi kompaktami i komediami ze złotych czasów Związku Radzieckiego, punktów z tanią elektroniką i ubraniami. Ulica sprzedawców książek układających swój towar na stertach, bez półek. Tom na tomie - wieże z książek proszące się o nagłą, malowniczą katastrofę. Dumna, wielkomiejska aleja ocieniona starymi akacjami.

Przed dziewiątą Allenby zapchana jest samochodami, niebieskimi, miejskimi autobusami, lawirującymi w ulicznym ruchu skuterami. Przy ruinach teatru Mograbi, w drodze na północ miasta, ta cała rozpędzona lawina wlewa się w prowadzącą aż do telawiwskiego portu aleję Ben Yehuda. Allenby gwałtownie skręca, zmienia się w prowincjonalną, spokojną uliczkę z widokiem na Morze Śródziemne.

Pod numerem Allenby 30, w zakładzie fotograficznym Pri-Or , zaraz za zakrętem, Miriam Weissenstein pochyla się nad starymi zdjęciami.

Ma na nich dwadzieścia sześć lat, opalone ciało pręży w akrobatycznych figurach. Miriam na tle białego od upału letniego nieba uśmiecha się radośnie, w tle półpustynny krajobraz, cyprysy, pudełkowaty dom. Ciężko uwierzyć, że to 1942 rok, rok konferencji w Wannsee, rok budowy ośrodków zagłady - Treblinki, Sobiboru, Bełżca.

Dziś, mimo zaawansowanego wieku Miriam wciąż jest pełna energii. "To dzięki temu, że byłam gimnastyczką" - mawia z dumą, krążąc po najsłynniejszym zakładzie fotograficznym miasta. Zdjęcia robił jej mąż - Rudi Weissenstein. Przyjechali do Palestyny z Czech w 1936 roku. Rudi stał się znanym reporterem i fotografem, kronikarzem powstania państwa Izrael.




Do swojej śmierci w 1992 roku Rudi Weissenstein wykonał ponad ćwierć miliona zdjęć. Ze starych fotografii uśmiechają się angielscy oficerowie, tłumy gromadzą się pod Tel Awiwskim ratuszem po śmierci pierwszego burmistrza miasta Meira Diezengoffa. Do brzegów przybijają statki z emigrantami z Polski, młode, uzbrojone dziewczyny w chustkach na głowach strzegą kibuców, gimnazjaliści koszą zboże, dumnie prezentują się pracownicy mleczarni "Tnuva".

W 1936 roku przypłynęli statkiem. Jak tysiące imigrantów przed nimi wysiedli w Jaffie - pamiętającym bibilijne czasy porcie, z którego wypłynąć miał na spotkanie z wielorybem prorok Jonasz, do którego nabrzeża przybijały okręty z libańskimi cedrami na świątynię Salomona.

Labirynty wąskich uliczek. Wrzynająca się w morze skała na której zawieszone jest miasto zwieńczone pióropuszami palm, kopułami kościołów i wieżami minaretów. Jakież wrażenie musiała zrobić zamieszkała w większości przez Arabów, orientalna Jaffa na przybyszach ze złotej Pragi?

Wysiedli pod uwiecznioną w imigranckich piosenkach starą wieżą zegarową, tę samą, którą jako pierwszy znak nowej ziemi zobaczył trzydzieści lat wcześniej pewien przybysz z Płońska - David Ben-Gurion - przyszły pierwszy premier Izraela.




W tym czasie na północ od Jaffy powstawało nowe miasto - Tel Awiw. Początkowo budowane osiedla miały być alternatywą dla zbyt drogiej dla przybyszy Jaffy. Pierwsze, pod koniec XIX wieku, powstały poprzecinane wąskimi uliczkami skupiska malowniczych, małych domków o czerwonych dachówkach - Neve Tzedek, Neve Shalom, zamieszkała głównie przez Żydów z Jemenu Kerem Hatemanim - "Winnica Jemeńczyków". W 1908 roku towarzystwo budowlane Ahuzat Bayit kupiło rozległe tereny na północ od Jaffy, dwa lata później przyjęta została wspólna nazwa dla powstających osiedli - Tel Awiw. Ceny mieszkań w Jaffie i ciągłe konflikty z arabską ludnością skutecznie zachęcały żydowskich imigrantów do osiedlania się w Tel Awiwie.

Na dziesięć lat przed przyjazdem Weissensteinów przyjęty został plan zabudowy stworzony przez słynnego szkockiego biologa, a zarazem architekta-wizjonera Patricka Geddesa. Rozpoczęła się budowa "Białego miasta", miasta marzenia, powstałego z wyjątkowego amalgamatu tęsknoty za uporządkowanym, spokojnym, mieszczańskim światem Europy Środkowej i syjonistycznego, socjalistycznego entuzjazmu, wiary w bezpieczną, lepszą przyszłość.

W Niemczech w 1933 roku Naziści zamknęli szkołę Bauhausu. W Jaffie, pod zegarową wieżą lądowali znakomici, wykształceni przez Bauhaus architekci. Dla nich Tel Awiw był fascynującym wyzwaniem, czystą kartą, miastem bez właściwości, któremu mieli nadać charakter.




Zaadoptowali europejski Bauhaus do nowych, orientalnych warunków. Budowali estetyczne, tanie, funkcjonalne, wielopiętrowe domy o płaskich dachach. Nieduże okna i odbijające światło wielkie, białe powierzchnie ścian miały chronić przed nieznośnym, letnim upałem. Długie, narożne, ocienione balkony zapewniały dopływ świeżego powietrza. Do 1950 roku wzniesiono ponad 4000 takich budynków, tworzących unikalny kompleks architektoniczny. W 2003 roku Tel Awiwskie "Białe miasto" zostało wpisane przez UNESCO na listę światowego dziedzictwa kulturowego.

Do Weissensteinów szybko uśmiechnęło się szczęście. Kilka miesięcy po ich przyjeździe polski wirtuoz skrzypiec Bronisław Huberman zebrał żydowskich muzyków osiedlających się w Tel Awiwie i stworzył orkiestrę symfoniczną. Pierwszym oficjalnym występ orkiestry, którym dyrygował sam Arturo Toscanini, prawie skończył się katastrofą. Oficjalny fotograf używał lampy błyskowej, która rozpraszała muzyków i doprowadziła Toscaniniego do furii. Występ został przerwany, z najwyższym trudem udało się załagodzić gniew dyrygenta. Nikomu nieznany Weissenstein, małym, reporterskim aparatem uwiecznił to wydarzenie. Seria świetnych portretów Hubermana i Toscaniniego otworzyła mu drzwi do kariery.

Miriam w zanurzonym w lekkim półmroku zakładzie na Allenby 30 z dumą pokazuje fotografie męża. Był wszędzie - wśród imigrantów pod Bramą Syjonu w Tel Awiwskim porcie, między budowniczymi "Białego miasta", w powstających kibucach, na rautach izraelskiej elity, w sali ówczesnego tel-awiwskiego muzeum sztuki w momencie gdy Ben-Gurion ogłaszał powstanie państwa Izrael.

Z czasem zdjęcie wykonane przez Rudiego Weissensteina stało się jednym z symboli społecznego i politycznego awansu. Na fotografiach aktorka Hana Rovina w swoim mieszkaniu na ulicy Gordon w Tel Avivie uśmiecha się tajemniczo, zadumany Martin Buber czyta książkę. Pozują w mundurach młodzi wojskowi - Icchak Rabin i Ariel Sharon. Marc Chagal wskazuje coś palcem, obok leży zdjęcie młodziutkiego Leonarda Bernsteina.




Zakład Pri-Or jest wciąż czynny. Zdjęcie do legitymacji (cztery kopie) kosztuje dwadzieścia szekli i jest gotowe w pół godziny. Dziewięćdziesięcioczteroletnia Miriam Weissenstein pracuje z jedną pomonicą, emigrantką z Indonezji. Stosunki między obu paniami wydają się być napięte. Miriam opiekuje się spuścizną męża. Właśnie wybiera zdjęcia na przekrojową wystawę, która za dwa miesiące zostanie otwarta w Nowym Jorku.

Wyraźnie czuje się samotna, z otwartymi ramionami wita gości przekraczających próg pracowni wypełnionej zdjęciami i starym sprzętem fotograficznym. Celebruje każdą czynność. Z namaszczeniem podpisuje dla mnie album z fotografiami męża. Od kiedy dowiedziała się, że jestem z Polski mówi do mnie po czesku.

Na sztalugach przy wejściu ustawione jest wielkie zdjęcie ulicy Allenby z lat pięćdziesiątych. Beczułkowaty autobus wyjeżdża z poprzecznej ulicy, piesi śpieszą do swoich zajęć, sprzedawcy rozpinają markizy nad wystawami sklepów.

Za drzwiami Pri-Or, w ostrym słońcu południa tętni życiem współczesny Tel Awiw. Wokół białego miasta wyrosły wieżowce mieszczące banki, apartamenty, siedziny wielkich firm. W oknach luksusowych hoteli ustawionych wzdłuż szerokiej, piaszczystej plaży, odbija się Morze Śródziemne. Rodziny z dziećmi spacerują nadmorskim bulwarem, od wypełnionej jachtami mariny na północy miasta, po oświeloną zielonym światłem minaretów Jaffę. W kawiarni Bialik, blisko rogu Allenby i wypełnionego modnymi butikami Sheinkinu, zbierają się stali bywalcy, zamawiają kawę, piwo Gold Star bądź Maccabi. Kelnerki, każda z obowiązkowym kolczykiem w nosie, uwijają się wśród klientów. Ulicami sunie nieprzerwany sznur aut.

Na początku XX wieku Nahum Sokolow przetłumaczył na hebrajski słynną literacką utopię "Altneuland" (Stary-nowy kraj) napisaną przez duchowego ojca syjonizmu Theodora Herzla. Hebrajskiemu tłumaczeniu nadał tytuł "Tel-Aviv". "Tel" to w archeologicznej nomenklaturze wzgórze kryjące ruiny starożytnego miasta. "Aviv" to po hebrajsku wiosna.

To miasto jest pełne sprzeczności. Otwarte i kosmopolityczne, zarazem w dziwny sposób prowincjonalne. Tęskniące za Europą i coraz bardziej bliskowschodnie. "Białe miasto" z syjonistycznego snu fotografowanego przez Weissensteina i zarazem scena krwawego palestyńsko - izraelskiego konfliktu.

- A teraz jesteś jeszcze mi coś winny - mówi pani Weissenstein i odkłada na bok album z dedykacją.
- Tak? - pytam się zdziwiony - Co?
- Całusa - odpowiada 94 letnia Miriam Weissenstein i uśmiecha się figlarnie.


Tuesday, April 24, 2007

Barood


Wyraźnie znudzony, ciemnoskóry ochroniarz, niedbale sprawdza torby gościom wchodzącym do Barood.

Barood położony blisko granicy wschodniej i zachodniej Jerozolimy. Trzeba przejść przez rondo koło Bramy Damasceńskiej, pod górę, wzdłuż murów Starego Miasta, aż za Bramę Nową, gdzie Yafo przecina ulicę Króla Salomona. Później jeszcze tylko kawałek wzdłuż Yafo, w kierunku centrum miasta.

"Kiedy zakładałam ten bar szukałam nazwy, która będzie mi się kojarzyła z dzieciństwem. Będzie mocna, zwięzła, będzie oddawała charakter tego miejsca" - mówi Danielle, właścicielka "Barood". Ma koło 50 lat, piękne, gęste, czarne włosy, ubiera się w lekko hipisowskim stylu. Nerwowo pali papierosa. "Barood" to okrzyk ostrzegawczy. Po hebrajsku znaczy tyle co wybuch, ekspolozja.

"Jerozolima położona jest na skałach. Żeby cokolwiek tu zbudować, często trzeba było używać materiałów wybuchowych. Jednym z najwyrazistrzych wspomnień mojego dzieciństwa są ludzie biegający po ulicach, wymachujący czerwonymi choragiewkami, krzyczący "barood, barood" ! Nagle cały świat zamierał. Zatłoczone aleje w jednej chwili pustoszały, stawały wszystkie samochody, ludzie chowali się po domach i sklepach. Pamiętam moment głębokiej, intensywnej ciszy, napięcia w oczekiwaniu na wybuch, chmurę kurzu, deszcz kamyków wyrzuconych w jerozolimskie niebo.



"Barood" - to słowo jest jak Jerozolima, zwięzłe i pełne napięcia" - Danielle nalewa sobie kolejną, trzecią już chyba tego wieczora whisky z lodem. - "Teraz ta nazwa nabrała nowego wymiaru. Dla mnie osobiście. Pięć lat temu straciłam siostrę."

Trzydziestego pierwszego lipca 2002 roku, wpół do drugiej po południu w kafeterii najstarszego kampusu Uniwersytetu Hebrajskiego na górze Skopus we wschodniej Jerozolimie wybuchła bomba. Mimo wakacji kafeteria, nosząca imię Franka Sinatry, była pełna ludzi. Koło 100 osób, uczestników i wykładowców letnich kursów, pracowników kampusu, kandydatów na studentów. Obcokrajowców - głównie Amerykanów i Izraelczyków. Wybuch zmiótł krzesła i małe, kwadratowe stoliki, którymi zastawiona była kafeteria, rozpruł podwieszany sufit. Bombę, w niepozornej torbie, podrzucił dzień wcześniej Muhammad Ouda, pracownik techniczny uniwersytetu, jak się okazało później, sympatyk Hamasu. Rannych zostało 85 osób, dziewięć zginęło, w tym siostra Danielle.

Danielle drży głos, potrafi się jednak szybko opanować. Proponuje wino. Co częste wśród lewicujących Izraelczyków bojkotuje wyroby z terytoriów okupowanych, nie oferuje wina ze wzgórz Golan, mimo że jest podobno najlepsze w kraju.

Barood jest czymś pomiędzy pubem i restauracją. Długi bar zastawiony alkoholami i przystawkami. Lekko przyćmione światło, odbijające się w zawieszonych nad blatem kieliszkach wszelkich rozmiarów i kształtów. Uśmiechnięty, tłusty kelner z wiszącej nad aparatem telefonicznym ulotki zachwala specjalności lokalu - koktail i aperitif "Barood", w cenie 29 szekli każdy. Na przeciw restauracyjne stoliki. Można tu zjeść którąś z miejscowych specjalności. Przyrządzane na różne sposoby mięso, robiony na miejscu, przepyszny, jogurtowy ser labaneh, podawany zwykle w falafelowych kulkach, sutlah - ryżowy deser z cynamonem i orzechami.

Na ścianie nad stolikami rzędy fotografii. Na zdjęciach z lat sześdziesiątych i siedemdziesiątych wnętrza nie istniejących już jerozolimskich kawiarni. Brodaci, młodzi mężczyźni, kobiety o gęstych, długich włosach, podobnych do włosów Danielle. Wszechobecny dym papierosowy, butelki, piętrzące się na stolikach szklanki i serwetki, niedokończona partia szachów, śpiący pod stołem pies. Danielle wskazuje na zdjęciach znane osoby - pisarzy, polityków, piosenkarki - wylicza tych, którzy zrobili kariery i tych którzy się dobrze zapowiadali ale zabrały ich wojny, choroby, zniszczyły nałogi.

Danielle pochodzi ze znanej sefardyjskiej rodziny, od dziesięciu pokoleń mieszkającej w Jerozolimie. Czuje się mocno związana z rodzinnym miastem, z jego kawiarniami, zaludniającymi je ludźmi.


Robi sobie kolejnego drinka, wie że za dużo pije, ale nie może się powstrzymać. Zapala kolejnego papierosa.

Pyta się gdzie się zatrzymałem. Opowiadam o palestyńskim hostelu Faisal. Równie dobrze mogłbym mówić o ciemnej stronie księżyca. Dla Danielle rondo przed bramą Damasceńską znajduje się za niewidoczną, nieprzekraczalną granicą. Pozbawione liści palmy, stragany ulicznych arabskich sprzedawców, Al' Ayed Restaurant, której korpulentny palestyński właściciel podaje równie dobry labaneh jak u niej - to wszystko, choć odległe od jej baru o piętnaście minut spacerem, mogłoby być odgrodzone drutami kolczastymi, wciąż w rękach Legionu Arabskiego. Nigdy tam nie bywa.

Danielle


Cwija od lat mieszka w tym samym domu w zachodniej Jerozolimie. Jej rodzina kupiła go kiedyś od rodziny Maji. Cwija i Maja do dziś się przyjaźnią. Maja opowiadała, że kiedyś naprzeciw salonu, zamiast małego kuchennego okienka, były dodatkowe drzwi prowadzące do ogrodu, w którym rosły cytrynowe drzewka. Przez te drzwi nastoletnia Maja widziała podczas wojny sześciodniowej jak obok przelatującego nad miastem, podobnego do komara izraelskiego myśliwca pojawił się obłoczek dymu. Obłoczek szybko rósł, samolot wpadł w spiralę i zaczął osuwać się w dół. Maja w napięciu czekała, czy obok samolotu pojawi się biała czasza spadochronu. Czekała do momentu, kiedy samolocik zniknął jej z oczu, a od wzgórz i ogrodów odbiło się echo odległej eksplozji.

Jest wczesny poranek. Cwija wraz z mężem Amnonem szykują się do wyjścia na targ. Amnon to prawdziwy dziwak. Przez lata był znanym izraelskim felietonistą, teraz zajmuje się układaniem krzyżówek. Jego krzyżówki to prawdziwe, małe dzieła sztuki, wydobywające z hebrajskich słów nieoczekiwane warstwy znaczeń, w figlarny sposób wykorzystujące bogactwo języka. Amnon jest inteligentnym egocentrykiem, spoglądającym na świat spode łba, mało mówi, ciężko go wyprowadzić z równowagi. Ale kiedy komuś się uda, potrafi być nieobliczalny. Tak jak wiele lat temu podczas wizyty w Niemczech, kiedy Cwija wpadła na pomysł by pojechać do Dachau. "Proszę" - rzekł Amnon i rzucił pieniędzmi o stół - "Tu są pieniądze, ale jeśli ty jedziesz to Dachau, to ja idę do burdelu."

Cwija, gdy to opowiada, zawsze śmieje się głośno, zaraźliwie. Uderza w uda dłońmi o palcach ozdobionych złotymi pierścionkami. Niska, korpulentna, pełna energii - taka prawdziwa żydowska mama. Prowadzi prywatną praktykę lekarską, zwykle cały dzień jest w ruchu.

Ubierają się ciepło, na zewnątrz gwiżdże wiatr, w radiu zapowiadali, że dziś może spaść śnieg. Porozumiewają się półgłosem, by nie zbudzić śpiącej córki -
Danielle.



W 1929 roku dziadek Amnona, znany i poważany rabin mieszkający w Hebronie miał sen. Przyśniło mu się, że powinien zabrać swoją cierpiącą na reumatyzm żonę do Yaffy, starożytnego portu, do którego nabrzeża przed tysiącami lat miały przybijać statki z libańskimi cedrami na budowę świątyni Salomona. Dziadek, którym był mistykiem, uznał sen za znak i wyprowadził się z rodzinnego miasta. Miesiąc później - 20 sierpnia 1929 roku do hebrońskich Palestyńczyków dotarła plotka, że Żydzi chcą w Jerozolimie zburzyć meczet Al-Aqsa. Wzburzony tłum splądrował kramy na bazarze i w trwającym cały dzień pogromie zabił 69 osób. Wielu miejscowych Żydów ocalało ukrywając się w domach swych arabskich sąsiadów. W przeciągu kilku kolejnych miesięcy wszyscy Żydzi uciekli z Hebronu.

Amnon jest zdecydowanie przeciwny żydowskim osadom na Zachodnim Brzegu. "W domu mojego dziadka w Hebronie mieszkają dziś Palestyńczycy, ale tu w zachodniej Jerozolimie, w Bak'a, ja mieszkam w domu, który przed 1948 rokiem należał z pewnością do jakiejś palestyńskiej rodziny" - mówi -
"Powinniśmy ze sobą rozmawiać. Inaczej wszyscy staniemy się zakładnikami ekstremistów."

To co zdarzyło się dziesięć lat temu nie zmieniło poglądów Amnona. To już dziesięć lat. Amnon zapina kurtkę i zakłada śmieszną czapkę - uszankę. Otwiera bramę, by Cwija mogła wyjechać ich samochodem na cichą uliczkę, jakich dziesiątki w Bak'a.

Maja - przyjaciółka rodziny - zawsze opowiada o tym strasznym dniu sprzed dziesięciu lat ze ściśniętym gardłem. Wtedy właśnie przyjechała w odwiedziny z Amsterdamu, w którym mieszka na stałe. Jest uzależniona od ruchomych obrazków, więc w hotelowym pokoju od razu włączyła telewizor. Wszystkie kanały podawały informacje o zamachu na Ben Yehuda. Maja usiadła na łóżku. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, gdy usłyszała, że jedną z ofiar wybuchu jest dziecko Cwiji i Amnona - czternastoletnia Danielle.

Był czwarty września 1997 roku. Danielle i jej dwie szkolne przyjaciółki - Smadar Elhanan i Sivan Zarka wybrały się na Ben Yehuda, główną handlową ulicę Jerozolimy. Ben Yehuda ma za sobą krwawą historię. Pierszy poważny zamach został tu przeprowadzony w lutym 1948 roku, przez współpracujących z arabskimi terrorystami dwóch dezerterów z brytyjskiej armii. Od tego czasu trzynaście razy znajdowano na Ben Yehuda samochodowe bomby, które zaraz miały wybuchnąć, kawiarnie były obrzucane granatami, wylatywały w powietrze wypchane ładunkami i gwoździami lodówki, torby i skutery. Na tej jednej ulicy zginęło w zamachach prawie sto osób a pięćset zostało rannych.



Tym razem trzy dziewczynki były bez szans gdy w ich pobliżu wysadzli się w powietrze trzej zamachowcy - samobójcy. Pochodzili z tej samej wioski - Asira al-Shamaliye. Ten atak miał być odwetem za zamordowanie przez izraelskie służby specjalne Mahmouda Abu Hanouda - jednego z przywódców Hamasu. Smadar i Sivan zginęły na miejscu. Danielle, w bardzo ciężkim stanie została przewieziona do szpitala.

Nurit Peled-Elhanan, matka Smadar, mówi dzisiaj: "moja mała córeczka została zamordowana ponieważ była Izraelką, przez młodego człowieka, który był poniżany, poddany opresji, doprowadzony do stanu skrajnej desperacji, tylko dlatego, że był Palestyńczykiem. Nie ma różnicy pomiędzy żołnierzem na punkcie kontrolnym, który zatrzymuje samochód z rodzącą kobietą i powoduje w ten sposób śmierć dziecka, a człowiekiem który zabił moją córkę."

Historia potrafi być okrutna w swej ironii. Smadar była wnuczką generała Mattityahu Peleda. Peled przeszedł drogę od wojskowego jastrzębia, uczestnika słynnego "protestu generałów" podczas którego wraz z Arielem Sharonem wymusił na rządzie rozpoczęcie wojny sześciodniowej, do zdecydowanego zwolennika współistnienia i rozmów z Arabami. Niektórzy historycy twierdzą, że bez Peleda, generała, a zarazem założyciela wydziału literatury arabskiej na Uniwersytecie Tel-Awiwskim, nie byłoby porozumień z Oslo. Generał przez lata starał się być skrzynką kontaktową między OWP a swoim starym towarzyszem broni Yitzhakiem Rabinem.



Danielle już wstała. Powoli rozczesuje swoje piękne, kręcone włosy. Wtedy - dziesięć lat temu włosy zamortyzowały uderzenie odłamków, uratowały jej życie. Rozczesuje włosy powoli, nie tylko dlatego, że są naprawdę gęste. W ogóle od dziesięciu lat robi wszystko dwa razy wolniej od swych rówieśników. Spędziła długie miesiące w szpitalu. Tam przeszła sepsę i przeżyła śmierć kliniczną. Mózg Danielle został nieodwracalnie uszkodzony. Proste czynności stały się wyzwaniem. Jednak stara się żyć normalnie. Wie, że zaraz wrócą z targu rodzice. Cwija obiecała Daniele, że podrzuci ją na lekcję muzykologii, więc Daniele się śpieszy. Wybiera bluzkę, oczywiście z długim rękawem, tak by nie było widać rozległych blizn po oparzeniach.

Wielka wojna w obronie cywilizacji


Dwa dni temu wracając ze spaceru po molo w Brigthon wstąpiłem do położonej niedaleko plaży księgarni. Poprosiłem o ostatnią książkę Roberta Fiska. Sprzedawca wyraźnie wiedział o co mi chodzi - "czwarte piętro, proszę szukać w dziale polityka, półka Bliski Wschód" - wyrecytował z pamięci. Dziesięć minut później wyszedłem z 1300 stronnicowym tomiszczem pod pachą, wydrukowanym na czymś, co niestety do złudzenia przypomina papier toaletowy.

Teraz siedzę w mieszkaniu w centrum Warszawy, słucham jak u sąsiada cyklinują podłogę i wertuję "The Great War For Civilisation". Mieszkam w Śródmieściu, przy ulicy, która przed wojną nazywała się Piusa. Niedaleko stąd w czasie Powstania Warszawskiego znajdował się sztab AK. Ilekroć przyjeżdża do mnie ktoś zza granicy, staram mu się opowiedzieć o historii mojego miasta. Żeby zrozumiał dlaczego jest, jak jest - czemu to miasto jest takie szare, tak chaotycznie zabudowane. Jestem wnukiem powstańca warszawskiego, odczuwam wewnętrzna potrzebę, by się dzielić się z zagranicznymi znajomymi tym, co stanowi istotną część przekazanej mi w domu tradycji. Chcę by choć trochę zrozumieli. Muszę się hamować by nie zamienić ich pobytu w koszmar, nie zalać ich tym całym nieszczęściem, obecną na każdym rogu martyrologią. Historią brata mojego dziadka, który wyparował na Starówce trzynastego dnia powstania w wybuchu zdobytego przez harcerzy niemieckiego ciężkiego transportera ładunków, rzezią Woli którą widział na własne oczy mój piętnastoletni wówczas dziadek, opowieściami o wcześniejszym o rok powstaniu w gettcie.

Już w samolocie powrotnym z Londynu, jak tylko Boeing 757 wzbił się w powietrze, a profesjonalnie uśmiechnięte stewardesy rozpoczęły rozdawać gazety, kawę i wyjątkowo ohydne kanapki z zimnym jajkiem i bekonem, zacząłem kartkować książkę Fiska. Szybko zdałem sobie sprawę, że jest ona pisana jest z tej samej wewnętrznej potrzeby, która każe mi dręczyć biednych obcokrajowców warszawską historią. By ci co czytają choć trochę zrozumieli.



Doskonale pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z Fiskiem. Był luty 2002 roku, kolega, który wtedy mieszkał na Bliskim Wschodzie, przesłał mi mailem link do artykułu korespondenta brytyjskiego dziennika "The Independent". Korespondent ów, Robert Fisk, przejeżdżał przez graniczącą z objętym wojną Afganistanem pakistańską miejscowoś Kila Abdullah. Tam jemu i jego towarzyszom podróży popsuł się samochód. Trafili w środek zdesperowanego, wściekłego tłumu afgańskich uchodźców, którzy prawie ukamieniowali Fiska. Pobity, zakrwawiony korespondent pięściami utorował sobie drogę do ocalenia w postaci stojącego nieopodal konwoju Czerwonego Krzyża. Pisał - "zauważyłem, że płaczę i łzawię, i że łzy oczyszczają mi oczy z krwi. Co ja zrobiłem, wciąż pytałem siebie? Biłem i atakowałem afgańskich uchodźców, tych samych ludzi, o których pisałem tak długo, tych pozbawionych wszystkiego, okaleczonych ludzi, których mój kraj – pośród innych – zabijał dookoła (...) Ludzie, którzy zostali napadnięci, to Afganowie, rany zadane przez nas – przez B-52, nie przez nich. (...) Gdybym był afgańskim uchodźcą w Kila Abdullah, zrobiłbym to samo, co oni. Zaatakowałbym Roberta Fiska. Czy innego człowieka z Zachodu, którego mógłbym dopaść." (tłum. Z.Łabędzki)

Pamiętam jaką złość wywołał we mnie ten tekst. Napisałem gniewny mail do kolegi, nie mogłem zrozumieć jak można usprawiedliwiać ewidentne barbarzyństwo, próbę ukamieniowania niewinnego człowieka, niezależnie od cierpień jakich wcześniej doświadczyli rzucający kamieniami. To relatywizm moralny au rebous, szczególnie dziwnie brzmiący w ustach kogoś, kto piętnuje hipokryzję zachodnich rządów.

Nadal nie zgadzam się w wielu sprawach z Fiskiem. Ale po przeczytaniu kilkudziesięciu jego artykułów i wysłuchaniu kilku wykładów, zacząłem go szanować. I zaczynam rozumieć dlaczego napisał to co napisał.

Fisk ma trzydzieści lat doświadczenia dziennikarskiego na Bliskim Wschodzie. Obserwował wszystkie konflikty w regionie - od rewolucji w Iranie w 1979 roku, poprzez wojnę irańsko - iracką, wojnę domową w Libanie, konflikt izraelsko - palestyński, po obie wojny w zatoce Perskiej, Afganistan, Kosowo i Algierię. Dużo tego. Był jednym z pierwszych dziennikarzy którzy dotarli na miejsce masakry w obozach palestyńskich uchodźców Sabra i Shatila. Przed 11 września 2001 roku trzy razy przeprowadził wywiad z Osamą Bin Ladenem. Jest przytłoczony cierpieniem, które widział. To co pisze, pisze zawsze z punktu widzenia niewinnych ofiar. Stara się pamiętać każdą z nich - zagazowanych przez Saddama irańskich żołnierzy na północ od Teheranu, ofiary amerykańskich bombardowań w Iraku w 2003 roku, zczerniałe zwłoki irackiego żołnierza w Fao, na którego palcu błyszczała w słońcu ślubna obrączka.

Od 25 lat mieszka w Bejrucie, dobrze zna historię regionu - wie, że jest ona równie skomplikowana i wielow ątkowa jak wzory na perskich dywanach.


Kiedy Fisk był mały, jego ojciec, weteran pierwszej wojny światowej, zabierał go każdego lata do Francji, na pola Sommy, Ypres i Verdun. Dziś Fisk pisze - "Po zwycięstwie aliantów w 1918 roku, po zakończeniu wojny mojego ojca, zwycięzcy podzielili kraje swych niedawnych wrogów. W przeciągu niespełna siedemnastu miesięcy wykreślone zostały granice Irlandii Północnej, Jugosławii i większości państw na Bliskim Wschodzie. Spędziłem całą moją karierę w Belfaście i Sarajewie, Beirucie i Bagdadzie, patrząc jak te granice płoną.

Ojciec reportera, za udział w wojnie, która według H.G. Wellsa miała być "wojną przynoszącą koniec wszystkim wojnom", a stała się początkiem najkrwawszego stulecia w historii ludzkości, otrzymał wiele medali. Awers jednego z nich przedstawia Wiktorię - skrzydlatą rzymską boginię zwycięstwa. Na rewersie wygrawerowany został napis - Wielka wojna w obronie cywilizacji.

Dla autora "The Great War For Civilisation", walące się wieże World Trade Center nie były początkiem jakieś nowej, apokaliptycznej epoki, znakiem najazdu barbarzyńców "nienawidzących naszej wolności", a logicznym etapem historycznego procesu, który rozpoczął się w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku, kiedy to Gavriło Princip oddał dwa strzały z pistoletu Browning M1910.

Siedzę w mieszkaniu w centrum Warszawy. W TVN 24 właśnie podali, że "polska misja stabilizacyjna polskich żołnierzy w Iraku przekształciła się w bojową". Kartkuję grubą, 1300 stronnicową książkę i odczuwam żal, że raczej nigdy nie ukaże się ona po polsku.